Wielka odpowiedzialność
Obudziłam się w dużym, jasnym pomieszczeniu.
Słońce raziło mnie po oczach. Rozejrzałam się dookoła i od razu stwierdziłam,
że jestem w szpitalu, a dokładniej w jednej z wielu sali szpitalnych,
znajdujących się w naszej strefie. Dookoła otaczała mnie biel. Nawet zaczęłam
się zastanawiać czy nie jestem w niebie, ale wenflon, kroplówka i dziwne,
pikające urządzenie przysłoniły wizję raju. Podniosłam się i zaczęłam po kolej
odłączać przyczepione do mnie kabelki.
-Co ty robisz?- Usłyszałam znajomy głos.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że na krześle
przy ścianie przysypia Rex.
Zdałam sobie sprawę, że jego pytanie było
retoryczne i w zasadzie miało mi zwrócić uwagę, więc ponownie się położyłam.
-Co się stało?- Zapytałam.
Westchnął.
-Miałem nadzieję, że nie ja będę musiał ci
to wyjaśniać.
-Nie rozumiem. Zapomniałam o Heniscytozie i…-
Zaczęłam.
-Poczekajmy do przyjścia lekarza- Przerwał
mi.
Ale z niego tchórz! Nie ma odwagi powiedzieć
mi prosto w oczy, dlaczego źle się poczułam. Jeszcze mu to kiedyś wypomnę.
-Nie! Masz mówić teraz- Zaprotestowałam
stanowczo.
Ponownie westchnął.
-No mów!- Ponagliłam go.
-Dobra! Chcesz wiedzieć to proszę- Krzyknął-
Jesteś w ciąży.
Na te słowa obraz mi się zamazał. Jak to
możliwe? Przecież Pedro jest w śpiączce, nie spaliśmy ze sobą? Jak? O, nie:
Will. Miałam wrażenie, że tracę grunt pod sobą. Nie znałam tego chłopaka, nawet
nie pamiętam nocy, którą spędziliśmy razem. Nigdy nie sądziłam, że będę matką,
a zwłaszcza, że ojcem będzie mężczyzna, którego nie chcę widzieć na oczy!
Oparłam głowę o poduszkę i głośno odetchnęłam, zaczynałam się dusić. Ta informacja
była jak grom z jasnego nieba. Nienawidziłam dzieci. Zawsze mnie irytowały i
doprowadzały do szału. Nie chciałam tego dziecka, ono nie mogło się urodzić.
Przecież Pedro w końcu się obudzi i co wtedy? Powiem mu: ’’Kochanie, bądźmy
szczęśliwą parą! Nie musimy się nawet starać o dziecko, bo niedługo się urodzi.
Nie ważne, że nie jesteś jego biologicznym ojcem. Ważne, że wychowamy je razem.’’
Tak? Tak miałam zacząć naszą pierwszą rozmowę? Niedoczekanie. To oczywiste, że
gdyby się dowiedział nigdy nie bylibyśmy razem.
-Co?- Pisnęłam.
-Niestety, puściłaś się to teraz płać-
Warknął Rex.
Wstałam i podeszłam do okna. Przygryzłam
lekko palec wskazujący, żeby powstrzymać się od łez.
-Nie rozumiesz…
-Czego? Wskoczyłaś do łóżka swojemu
opiekunowi, żeby mieć lepszą pozycję. Niestety nastąpiły komplikacje.-
Powiedział.
Odwróciłam się w jego stronę.
-Nie oceniaj mnie! Nie wiesz jak było?-
Krzyknęłam.
-A jak mogło być? Takie puste lale, jak ty
myślą tylko o tym, żeby było im wygodnie. Wykorzystałaś głupotę Montoyi i można
powiedzieć, że postąpiłaś jak dziwka. Z tą różnicą, że zamiast pieniędzy
zyskałaś wyższe miejsce.- Spojrzał mi w oczy. Teraz, kiedy siedział nasze
twarze znajdowały się mniej więcej na tej samej wysokości.
Nie wytrzymałam. Zamachnęłam się i uderzyłam
go otwartą dłonią w twarz. Jego prawy policzek lekko się zaróżowił.
Wstał i przeszył mnie wzrokiem. W jego
oczach znów zobaczyłam tę niebezpieczną iskrę. Poczułam się taka mała i bezbronna.
Przez chwilę bałam się, że mi odda (kobiecie w ciąży), ale on tylko uśmiechnął
się z pogardą i dodał:
-Do zobaczenia jutro na treningu, spryciaro.
Kiedy wychodził sięgnęłam po poduszkę z
łóżka i rzuciłam w niego. Zaśmiał się po
raz ostatni i zostawił mnie samą. Opadłam na ziemię i zaczęłam głośno płakać.
Krzyczałam, piszczałam, obijałam się o ściany. W przypływie emocji wyrwałam
sobie wenflon i wszystko inne do mnie podłączone. Po podłodze zaczęła płynąć
krew, jednak nie odczuwałam ulgi. Zwykle po czymś takim było mi już lepiej, ale
nie tym razem. Cierpienie było o wiele większe. Zaczęłam wydzierać się jeszcze
głośniej, aż całkowicie zdarłam sobie gardło. Spojrzałam na swój brzuch. Może
faktycznie był trochę większy. Uderzyłam w niego z całej siły łokciem. Załkałam
z bólu, ale mimo to powtórzyłam ruch. Złapałam się za obolałe miejsce i
zaczęłam łapczywie wciągać powietrze. Nie wiedziałam co robić. Wszystko się tak
pokomplikowało. A co jeśli ten dzieciak również będzie żył wieczność? Tyle będę
się z nim użerać? Ile on będzie dorastać? Czy również będzie w połowie zombie?
A przede wszystkim: Czy ja naprawdę mogę urodzić? Musiałam poznać odpowiedzi na
te pytania. Posłuchaj Mel: Pora się ogarnąć. Dasz sobie radę. Wszystko się
jakoś ułoży, mam nadzieję. Poszłam do łazienki i obmyłam zakrwawione ręce.
Owinęłam opatrunkiem, znalezionym w apteczce miejsce pozostawione po wenflonie
i wyszłam na korytarz. Tam zobaczyłam przechodzącego lekarza.
-Hej! Poczekaj chwilę!- Krzyknęłam i podbiegłam
do niego.
Mężczyzna zatrzymał się.
-O co chodzi, panno Rashway?
-Naprawdę jestem w ciąży?- Zapytałam z
nadzieją, że zacznie się śmiać i wytłumaczy, że to tylko taki głupi żart, ale
niestety…
Pokiwał głową i dodał:
-Tak, musi pani pamiętać, żeby co cztery
godziny wstrzykiwać sobie Heniscytozę.
Uniosłam lewą brew do góry.
-Co cztery godziny?- Zapytałam z
niedowierzaniem.
-To niezbędna procedura przy tego typu
przypadkach.- Spojrzał na mnie.
Zamyśliłam się i popatrzałam na swoje stopy.
Były bose. Buty widocznie zostały przy łóżku. Dlaczego wcześniej tego nie
zauważyłam? Przynamniej w końcu ktoś ujrzał mój nienaganny pedicure.
-A gdybym o tym zapomniała?- Zaciekawiłam się.
-Straciła by pani dziecko.
Przyznam, że przez chwilę nawet pomyślałam,
żeby celowo nie podać sobie odpowiedniej dawki, ale postanowiłam wybić to sobie
z głowy. Na pewno musiało być inne wyjście.
-Przepraszam, ale śpieszy mi się- Złapał
mnie za ramię i ruszył korytarzem.
-Chwileczkę, mam jeszcze pytania!- Krzyknęła
za nim.
-Proszę się zapytać lekarza dyżurującego.
Powinien być w Sali pielęgniarek- Odpowiedział, ale nie zatrzymał się- Pokój
892.
Kiedy zostałam sama w ciemnym korytarzu
postanowiłam poszukać osoby, która miała mi przekazać informacje. Zaczęłam rozglądać
się po drzwiach. Minęłam z numerem 888, 889,8890, 891 i są! 892. Pewnym krokiem
weszłam do środka. Tam zobaczyłam jak młoda, jasnowłosa pielęgniarka siedzi na
biurku i całuje się z jakimś podstarzałym lekarzem. Obrzydliwe! Ona mogła być w
moim wieku, a on… był starszy od moich rodziców. Nie zauważyli, kiedy weszłam i
dalej byli pogrążeni w euforii.
Odchrząknęłam, żeby zwrócili na siebie uwagę.
W tym momencie dwie pary oczu zwróciły się w moją stronę. Para odskoczyła od
siebie jak oparzona. Dziewczyna pośpiesznie zaczęła zapinać bluzkę, a mężczyzna
koszulę.
-Co się stało?- Zapytał.
-Yyy…-Zgubiłam wątek- Miałeś mi odpowiedzieć
na kilka pytań.
Pokiwał głową
-Oczywiście. Angeliko…- I tutaj zwrócił się
do swojej kochanki- Proszę zostaw nas samych.
Dziewczyna pokiwała głową i posłusznie
wyszła. Trochę mnie zastanawiało co ona w nim widziała. Nie dość, że był stary
to jeszcze wyjątkowo nie atrakcyjny. Miał małe, skośne oczy, duży noc
zasłaniający pół twarzy i szerokie, wydatne usta. Nie zaszkodziło by mu również
schudnąć kilka kilo.
-Słucham-Usiadł za biurkiem i wskazał ręką
na krzesło, żebym usiadła.
Tak też uczyniłam
-Ok, więc niedawno dowiedziałam się, że
jestem w ciąży-Zaczęłam-Chciałabym się trochę na ten temat dowiedzieć. O
Heniscytozie już wiem, ale jestem ciekawa czy to dziecko również będzie zombie,
czy będzie nieśmiertelne, czy jest dla mnie zagrożeniem.
Mężczyzna zakręcił się na krześle i oparł
łokcie na kolanach.
-Oczywiście, oczywiście. Tutaj chodzi o to,
że jeśli będzie pani regularnie zażywać Henizcytozę maluch będzie człowiekiem.
Nie będzie miał w sobie nic związanego ze śmiercionosicielami, ale wystarczy
godzina zapomnienia i zacznie się przemieniać. Zapragnie jeść. Będzie rozrywał panią
od środka,chcieć wyjść i jeść. Jeśli nastąpi to między siódmym, a dziewiątym
miesiącem ciąży po natychmiastowym jego wyjęciu może udać się nam sprawić by
był taki jak my, nie te puste i żarłoczne istoty. Jednak jeśli zdarzy się to
wcześniej nie zdołamy go uratować.- Przerwał na chwilę, po czym dodał-
Zrozumiałaś?
Nie odpowiedziałam od razu. Zaczęłam
przetwarzać informacje. Ok, wszystko zrozumiałam, ale uważałam, że spoczywa na
mnie za duża odpowiedzialność. Już zmiana w zombie była dla mnie ogromną lekcją
życia, a teraz mam jeszcze na głowie dziecko. Zawsze w siebie wierzyłam, ale
tym razem myślałam, że sobie nie poradzę, nie chcę. Nie chcę, żeby to się
urodziło. Powiedziałabym, że jest dobrze tak, jak jest, ale to nieprawda. Mogę
powiedzieć, że jest mniej tragicznie. Nie mam zamiaru jeszcze bardziej się unieszczęśliwiać.
Muszę się jakoś pozbyć tego bachora zanim Pedro się wybudzi.
-Halo- Lekarz wyrwał mnie z zamysłu.
-Co? Tak, wszystko jasne- Odpowiedziałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz