W obliczu nieszczęścia
Następnego ranka obudził mnie ból brzucha.
Pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam chyba jedzenie z całego tygodnia.
Świetnie! Nie dość, że dam temu dzieciakowi życie to jeszcze muszę dla niego
tak poświęcać. Nie jestem teraz w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo nie
chciałam urodzić. Ale powiedzmy sobie szczerze: Widzi mnie ktoś w roli matki?
Od zawsze powtarzano mi, że myślę tylko o sobie. Zawsze uważałam, że aby dojść
do sukcesu trzeba mieć na uwadze wyłącznie swoją osobę. Dlatego też nie miałam
zbyt dużo przyjaciół. Zawsze uważałam, że to zbędny balast.
Zniesmaczona ponownie wróciłam do łóżka. Nie
zdążyłam, jednak dobrze zasnąć, a już usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Leniwie
otworzyłam jedno oko i zobaczyłam Rexa. Stał przede mną ubrany w czarny t-shirt
i luźne spodnie moro.
-Szykuj się!- Krzyknął, kiedy zobaczył, że
nie śpię.
-Po co?-Wymamrotałam i przewróciłam się na
drugi bok.
-Idziemy na trening!- Głośno klasnął w
dłonie.
Mocno mnie to rozbudziło. Zdenerwowana
podniosłam się i usiadłam na łóżku przodem do niego.
-Jestem w ciąży, idioto-Powiedziałam
zirytowana i przewróciłam oczami.
Uśmiechnął się złośliwie.
-Spokojnie, będziemy robić ćwiczenia
ciążowe.
Co? W tym momencie cisnęło mi się na usta
jedno zdanie, ale uznałam, że lepiej go nie ujawniać, bo nie przystoi kobiecie
z wyższych sfer.
Niechętnie przebrałam się w odpowiedni strój
i doczołgałam za nim do sali. Ta na szczęście była pusta. Nie chciałam by
ktokolwiek zobaczył co tam robiliśmy. Na początek musiałam położyć się bokiem
na gumowej piłce i podnosić na zmianę rękę i nogę. Niestety można było się
domyślić, że ćwiczenia z kimś takim jak Rex nie będą wyglądały jak babciny
aerobik. Przez dziesięć minut musiałam utrzymać się w danej pozycji. Myślałam,
że mi kończyny odpadną. Później tak jakby udawałam, że siedzę na niewidzialnym
krześle, oparta o ścianę przez piętnaście minut. Te zajęcia były bardziej
męczące od tych, kiedy jeszcze nie wiedziano, że będę miała dziecko. Następnie
tutaj bez większych zmian zrobiłam po sto przysiadów, pompek i brzuszków. Byłam
wykończona po trzech godzinach i, kiedy mój trener powiedział, że rozgrzewka
już za nami, a teraz zaczniemy prawdziwe ćwiczenia nie wytrzymałam.
Wykrzyczałam wszystko co siedziało mi w głowie.
-Odwal się! Czy tak trudno wbić sobie do
głowy, że nie mam już siły? Nie uwierzę, że jesteś aż tak tępy, aby nie
zauważyć mojego wyczerpania. Wiesz, że to wszystko ponad moje siły, ale mimo to
coraz wyżej podnosisz poprzeczkę. Jesteś pieprzonym sadystą!
Kiedy podszedł do mnie i złapał za
nadgarstki eksplodowałam. Jakim prawem on jeszcze mnie dotykał?! Chciałam
trzymać się od niego jak najdalej. Z całej siły zaczęłam walić w jego klatkę
piersiową. Chciałam , żeby się odsunął, odszedł. Na próżno, stał jak wryty. Ani
drgnął. Przybita z bezsilności opadłam na kolana i zakryłam twarz dłońmi. Miałam
nadzieję, że widząc to pójdzie sobie, ale nadzieję zniszczył jego głos.
-Skończyłaś?- Zapytał.
Nie odpowiedziałam, nawet na niego nie
spojrzałam. Widząc to złapał mnie za ramiona i sprowadził do pionu.
-Wracamy do ćwiczeń- Dodał, a wtedy po
prostu wybiegłam. Łzy zaczęły płynąć mi strumieniami. Nie chciałam tego
wszystkiego, nie chciałam takiego życia. Codziennie dręczyły mnie myśli, jak
wiele straciłam przez własną głupotę, a teraz podbuzowana zmiennymi nastrojami
ciąży byłam po prostu wrakiem. Dawna szalona, towarzyska, najpopularniejsza w
szkole dziewczyna zamieniła się w potwora. Nie mówię tutaj o przemianie w
zombie, tyko mojej psychice. Była wyniszczona. Teraz zdałam sobie sprawę, że
zawsze wydawało mi się iż jestem dorosła, ale to nie prawda. Według dowodu
owszem, ale według charakteru, osobowości wcale. Nagle z beztroskiego życia
bogatej, rozpieszczonej snobki przysłoniła mnie mgła problemów. I to nie
błahych, jak we wszystkich telenowelach tylko niepojętych. Niepojętych dla
większości świata.
Biegłam teraz korytarzem z głową wbitą w
podłogę, kiedy poczułam, że w coś uderzyłam. Nie w ścianę czy drzwi, wpadłam na
chłopaka.
-Uważaj jak chodzisz-Warknęłam.
Spojrzałam w górę by ujrzeć twarz
zatrzymującej mnie osoby i ujrzałam wysokiego blondyna o pięknym spojrzeniu i
szerokim, czarującym uśmiechu. Wbrew pozorom na mojej twarzy nie pojawiło się
zachwycenie tyko obrzydzenie.
-Will!- Krzyknęłam, kiedy zrozumiałam kogo
właśnie spotkałam.
Tak, przede mną stał Will we własnej osobie.
Jak? Czemu? Czemu mam takiego pecha? Gorzej być chyba nie może. Wspaniały
mężczyzna, z którym chcę być jest odizolowany od świata, ale za to dwóch
kretynów na, których nie mogę patrzeć stoi przede mną otworem i jeszcze to
nieślubne dziecko… Nic tylko skoczyć z mostu, no tak. Tego też nie mogę zrobić,
bo przecież jestem zombie!
- O! Siema Mel!- Powiedział i lekko klepnął
mnie w ramie- Jak tam? Dalej się spotykasz ze swoim wybawcą?
No tego było już za wiele! To w tym momencie
złamałam wszelkie obowiązujące mnie zasady. Zacisnęłam prawą rękę w pięść i z
całej siły uderzyłam go w policzek. Błyskawicznie przeszła mnie fal bólu.
Złapałam się za dłoń i zacisnęłam zęby. Wydał się rozbawiony.
-Oj, Mel, Mel… Nadal jesteś zła za tamtą
noc?- Spojrzał na mnie z ukosa i złapał za obolałą rękę. Zaczął ją
rozmasowywać, ale szybko się wyrwałam.
-Właściwie to już bym zapomniała, gdyby nie
jeden mały problem…
-Co?-Zapytał zdziwiony.
-Dziecko, dupku, dziecko!- Ponownie
krzyknęłam.
Z jego ust wydobyła się długa wiąska
przekleństw. Przyznam, że niektóre dopiero poznałam.
-Jak?- Nerwowo przeczesał włosy palcami.
-Mam ci wytłumaczyć jak się robi
dzieci?-Parsknęłam ironicznie.
-Przestań. To nie pora na złośliwości-
Zaczął tupać czubkiem buta.
-Doprawdy? Wykorzystałeś mnie, bo byłam
pijana i nawet nie byłeś w stanie się zabezpieczyć! Sądzę, że jakaś
rekompensata mi się należy i nie myśl, że na docinkach się zakończy. To nie ty
musisz się kłuć co cztery godziny nawet w środku nocy! I jeszcze puchnąć jak
balon!- Ponownie zalałam się łzami.
Will podszedł do mnie i objął tymi swoimi,
dużymi umięśnionymi ramionami. Wtuliłam się w jego tors.
-Byłem tak samo pijany, więc nie tylko ja
jestem winien- Wyszeptał.
Słysząc to momentalnie go odepchnęłam.
-Musiałeś zepsuć taką chwilę! Mamy mieć
razem dziecko, a ty się nawet nie starasz, żebym cię tolerowała.
-Oj, to nie tak. Nie chcę się sprzeczać,
tylko próbuję ci uświadomić, że nie
możesz mnie za wszystko obwiniać.
W sumie miał trochę racji. Ja tak samo jak
on mogłam temu zapobiec.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam.
Chłopak podszedł do mnie bliżej, złapał za
podbródek i podniósł go wyżej, żebym mogła spojrzeć mu w oczy.
-A może skoro będziemy rodziną to…
spróbujemy jeszcze raz?- To powiedziawszy musnął lekko moje usta swoimi.
I wtedy po prostu oszalałam. Nie wiedziałam
co robić. Chciałam być z Pedro, uwielbiałam go, ale Will również był cudowny.
Może trochę mniej, ale był przynajmniej dostępny. Mogłam go mieć tu i teraz, a
Pedro… nawet jak, jeśli (sama już nie wiem) się obudzi to co dalej? Naprawdę
mam się łudzić, że będzie chciał wychowywać ze mną dziecko swojego wroga?
Chciałam z nim być, bardzo, ale chyba było to nie możliwe.
-Will-Powiedziałam-Muszę to wszystko
przemyśleć.
Odwróciłam się i pobiegłam do swojego
pokoju.
Kilka godzin zastanawiałam się co zrobić i
oczywiście nic, kompletna pustka. Z nimi było tak, że jedno chciałam drugie
mogłam. No, proszę! Czy nie można mi ułatwić życia chociaż w tak drobnym
szczególe? Boże, jeśli tam jesteś pomóż!
Zła i
rozgoryczona wyszła z pokoju, szłam długim korytarzem, jechałam windą, aż
stanęłam przed dużymi, oszklonymi drzwiami. Przez, które doskonale można było
dostrzec nieprzytomnego Pedro, przypiętego do kroplówki i innych urządzeń.
Cicho otworzyłam drzwi i weszłam do środka.
Przystawiłam krzesło tuż obok niego i usiadłam. Zdałam sobie sprawę, że przez
ten cały czas jeszcze go nie odwiedziłam. Byłam zbyt zajęta swoimi sprawami.
Złapałam go za rękę i odgarnęłam niesfornie spadająco grzywkę. Wyglądał tak
uroczo. Był emocjonalnie ‘’nagi’’, bez żadnej maski. Nie udawał twardziela czy
bohatera, był po prostu sobą.
-Nawet nie wiesz, jak żałuję-Szepnęłam.
Teraz, kiedy widziałam co straciłam czułam
się jeszcze gorzej. Tym razem nie odebrano mi pieniędzy czy popularności tylko
w pewnym sensie bezpieczeństwo i minimalną resztkę stabilizacji. Przy nim
czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że zawsze by mnie obronił. Lekko go
pocałowałam i wyszłam. Nie mogłam sobie pozwolić na utratę Pedro, nie mogłam!
Całym problemem był ten dzieciak, gdyby nie on wszystko by się ułożyło. Musi
być jakiś sposób, żeby się go pozbyć nie robiąc sobie krzywdy. Przecież nie
chcę, żeby mnie rozerwał od środka.
Popatrzałam na drzwi na wprost i mnie
olśniło. Pośpiesznie weszłam do gabinetu pielęgniarek. Tam oczywiście pogrążeni
w namiętnych pocałunkach byli młoda pielęgniarka i podstarzały lekarz. Po raz
kolejny mnie nie zauważyli. Spojrzałam na stolik obok mnie. Leżał na nim
telefon. Szkoda, że nie miałam swojego. Nie starczyło mi jeszcze pieniędzy.
Musiałam poczekać. Złapałam go i zrobiłam kochanką kilka zdjęć.
-Co ty robisz?!- Krzyknął mężczyzna.
Szybko schowałam telefon do kieszeni i
powiedziałam:
-Mam propozycję…
To słysząc zapiął koszulę i założył krawat.
-Wyjdź-Zwrócił się do dziewczyny.
Kiedy
zostaliśmy sami zaczął rozmasowywać kark.
-Czego chcesz?
Uśmiechnęłam się szyderczo.
-Za zdjęcie? Chyba nie chcesz, żeby ktoś je
zobaczył. Masz żonę, dzieci?- Wygodnie usiadłam na krześle i położyłam nogi na
jego biurku.
Zacisnął pięści.
-Nie twoja sprawa, czego chcesz?- Wycedził
przez zęby.
Pokiwałam palcem, żeby się przybliżył i
szepnęłam mu do ucha:
-Aborcji
Odsunął się
-Ja, ja nie umiem. To nie moja
specjalizacja.
-Więc znajdź kogoś kto potrafi-Wzruszyłam
ramionami.
-Hmm…Jedynie doktor Vinterdows- Zaczął
grzebać w papierach-Tak, on bez wątpienia da radę.
-Vinterdows, Vinterdows… Kojarzę to
nazwisko.- Zamyśliłam się.
-Na pewno. Badał panią po przemianie.
I teraz sobie przypomniałam! To ten szalony
doktorek, który zadawał mi tyle bólu. Nie, nie mogłam poddać się operacji u
niego. Bałam się go.
-Wykluczone!-Krzyknęłam-To wariat!
-Ciszej, ktoś usłyszy-Przyłożył palec do ust-Albo
on, albo nikt.
Serio? Muszę wybierać mniejsze zło? Czemu
nigdy nie może być jedna opcja idealna lub chociaż dobra? Cóż, życie. Chyba
będę musiała pójść do tego nienormalnego kolesia i pozwolić rozszyć brzuch
podczas, gdy będę nie przytomna. Na samą myśl mi niedobrze, ale kiedy pomyślę
sobie o szalonej przyszłości z Pedro i nudnej, zapaćkanej pieluchami z Willem
odpowiedź sama nasuwa mi się na usta.
-Zgoda
Lekarz kiwnął głową
-Tylko jak ja go do tego namówię?
-To już nie mój problem- Wstałam i wyjrzałam
przez okno. W oddali widać było jedynie wielki mór.
Zdenerwowany również wstał i podszedł do
mnie.
-Daj mi miesiąc- Powiedział cicho.
-Nie. Masz tydzień-Oznajmiłam stanowczo
Złapał mnie za pośladek. Podskoczyłam. Już
miałam ochotę krzyknąć na całe gardło, ale zdałam sobie sprawę, że nie chodziło
mu o mnie lecz o telefon, który znajdował się dokładnie tam, w tylnej kieszeni.
Zdjęłam jego rękę i uśmiechnęłam się.
-Zatrzymam go.
Przewrócił oczami na znak irytacji.
Przyznam, że odczuwałam satysfakcję, kiedy widziałam jaką miałam nad nim
władzę. Ah, ten mój charakterek.
Wychodząc wzięłam również ładowarkę z
biurka.
-Dobranoc-Powiedziałam i opuściłam
pomieszczenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz