niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 11

Nowi znajomi

Po powrocie Pedro szybko przewieziono na ostry dyżur, a mnie kazano czekać przed salą operacyjną. W głowie roiło mi się od ciemnych scenariuszy. Jeden gorszy od drugiego. A to, że wdało mu się zakażenie i na zawsze zostanie kaleką, a to, że ostry kolec utknął mu w płucach i za kilka miesięcy umrze. Najbardziej bałam się jednak, że zacznie myśleć jak zombie. Nienawidziłam tych istot. Przez nie zginęła moja siostra i przez nie moje życie zmieniło się w wir nieszczęść. Przeplatały się w nim smutek, złość i nienawiść. Ach tak! Było jeszcze coś przyjemniejszego. Może nie miłość, ale zauroczenie na pewno. Tylko to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach. Nie mogłam stracić tego źródła.
Zauważyłam, że jeden z lekarzy wyszedł z sali. Podbiegłam do niego.
- Co z nim?
Wyglądałam jak piesek, który oczekuje swojego pana. Żałosne. Siedziałam w poczekalni kilka godzin. Nie mogłam się tak przejmować, zdecydowanie. Przybrałam obojętny wyraz twarzy i ponownie usiadłam.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Wyjdzie z tego.
Odetchnęłam z ulgą. Już miałam zamiar podbiec do lekarz, przytulić go i podziękować, kiedy dodał:
-Musimy trochę poczekać, aż głębsze rany zaczną się goić. Byliśmy zmuszeni wprowadzić go w stan śpiączki farmakologicznej.
Zmarszczyłam brwi. Poczułam zmieszanie. Nie wiedziałam czy cieszyć się tym, że powróci do zdrowia, czy załamywać, że będzie nieprzytomny przez… No właśnie, ile?
-Kiedy go wybudzicie?- Zapytałam.
Starszy pan westchnął.
-Nie jesteśmy w stanie podać dokładnego terminu. Trzy, cztery…
-Co? Tygodnie, miesiące… lata?- Gwałtownie wstałam i spojrzałam mu w oczy.
- Może, jak mówiłeś: nie jestem w stanie tego określić.

Zrezygnowana wróciłam do swojego pokoju. Przynajmniej znowu było tu bezpiecznie. Usiadłam na łóżku i zaczęłam rozmyślać. Zastanawiałam się co teraz? Do końca życia zostanę tutaj, zamknięta jak w sejfie? Nie tak miało wyglądać moje życie. Miałam marzenia, ambicje, plany i wszystko szlak wziął. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nic już nie osiągnę. Wieczność spędzę w kilku metrach kwadratowych ze strzykawkami pełnymi płynu trzymającego mnie przy ’’życiu’’.
Ogarnął mnie smutek, złość, irytacja… sama nie wiem co. Nie było Pedro, Mii, Klary, nikogo. Podeszłam do biurka, wyjęłam ostre nożyczki i już miałam przeciągnąć je po ręce, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Odłożyłam narzędzie na swoje miejsce i zawołałam:
- Proszę!
W tym momencie do środka weszłam wysoka, szczupła blondynka o niebieskich oczach. Miała na sobie czarną sukienkę z kołnierzykiem do kolan i sandały na lekkim podwyższeniu. Włosy spływały jej po ramionach niczym morskie fale. Może i rysów twarzy nie miała zbyt pociągającym, ale dzięki idealnemu makijażowi wydawała się bardzo atrakcyjna.
-Hej! To ty jesteś Melisa Rashway?
Kiwnęłam głową.
- Jak miło cię poznać! Jestem Carly, wiele o tobie słyszałam.- Uśmiechnęła się i podała mi dłoń.
- Ciekawa jestem co słyszałaś.- Wskazałam jej ręką, żeby usiadła.
Wykonała polecenie i uważnie mnie zilustrowała.
- Inaczej wyglądałaś w mojej wyobraźni.
Spojrzałam na nią pod kątem. Zaczęłam mieć podejrzenia, że coś z nią nie tak.
- Po co tu przyszłaś?
-Ah tak! Słyszałam, że niedawno do nas dołączyłaś, że jesteś z dobrego domu i, że musi być ci teraz ciężko. Zwłaszcza, że twój opiekun jest w ciężkim stanie, więc…- Zawiesiła się.
- Więc co?- Ponagliłam ją.
- Pomyślałam, że przyda ci się towarzystwo. W końcu nikogo tutaj nie znasz.
Popatrzałam na nią i rozmasowałam palcami skronie. Czy nikt nie był w stanie zrozumieć, że zadaje się tylko z ludźmi z moich sfer? Żeby było: Pedro to wyjątek. Jego wygląd wynagradza wszystkie braki.
- To źle myślałaś. Czuję się świetnie sama ze sobą.- Otworzyłam drzwi na znak, że powinna już iść.
Dziewczyna spuściła głowę i podeszłą w moją stronę.
- Gdybyś zmieniła zdanie jestem w pokoju…
Nie zdążyła dokończyć, bo zatrzasnęłam jej drzwi przed twarzą. Mam dość towarzystwa dziwaków na kilka lat. Czy nie ma tutaj takich jak ja?

Przez resztę dnia nie wiedziałam co robić. Trochę oglądałam głupich filmików w internecie, a trochę czytałam o śpiączce farmakologicznej. Nic ciekawego się nie dowiedziałam. Tylko tyle, że wybudzenie jest faktycznie nieokreślone i jest duże prawdopodobieństwo, że pacjent nawet po powróceniu do normalnej formy będzie cierpiał na kilku kilkumiesięczną amnezję.
Nawet nie zauważyłam, kiedy znużona zasnęłam na krześle.
Kolejne dni mijały bez większych zmian. Siedziałam w pokoju, odwiedzałam Pedro, krzyczałam na kucharki za wstrętne jedzenie, odganiałam się od Carly i nudziłam. Dopiero po tygodniu nastała jakaś zmiana, bowiem usłyszałam głośne, ciężkie pukanie do drzwi. Wiedziałam, że to nie kobieta uderza z taką siłą. Zaciekawiona podbiegłam i otworzyłam nieznajomej osobie. Przede stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, około trzydziestki. Jego kasztanowe włosy przysłaniała futryna drzwi. Musiał mieć ponad dwa metry. Wyglądał na żołnierza. Jego ciało okalały spodnie i bluza moro, a wściekłe spojrzenie wzbudzało tyle lęku, że miałam ochotę się schować. Przerażający wygląd dopełniała duża blizna na policzku, pociągnięta spod oka do końca policzka.
-Cześć?- Zapytałam niepewnie.
Mężczyzna spojrzał na mnie z ukosa, nachylił się i wszedł do środka.
- Melisa Rashway?- Zapytał oschłym, stanowczym tonem.
-Tak…- Niepewnie usiadłam na łóżku.
- Jestem Rex- Przestał rozglądać się po pokoju i zwrócił w moją stronę- Na czas nieobecności Montoyi będę twoim opiekunem.
Przyznam, że dobrą chwilę zajęło mi zrozumienie, że chodziło mu o Pedro. Przyzwyczaiłam się nazywać go po imieniu.
-Acha- Odpowiedziałam w końcu.
Kolejne sekundy wydłużały się niczym godziny. Mężczyzna zamiast opuścić mój pokój tak jak się spodziewałam stał nonszalancko oparty o ścianę i obserwował mnie.
- Zrozumiałam, możesz już sobie iść- Podeszłam i otworzyłam drzwi chcą pozbyć się go jak najszybciej.
-Hah!- Zaśmiał się- Nie przyszedłem tu, żeby cię poinformować. Miałem zamiar zawołać cię na trening.
Co?!- Zapytałam z niedowierzeniem.
Odczuwałam wielką satysfakcję, że nie muszę męczyć się już treningami z Pedro, a tu taka niespodzianka. Miałam przeczucie, że Rex jest najbardziej wymagającym trenerem jakiego kiedykolwiek poznałam.
- To co słyszałaś. Czeka cię dwieście godzin zajęć samoobrony i sto ataku- Podszedł do mnie tak blisko, że czułam zapach jego perfum zmieszany z potem.
- O nie, nie, nie- Zaprotestowałam- Może nie wiesz, ale znaczę tutaj trochę więcej niż ci się wydaje. Z resztą, jak Pedro się obudzi to ci wyjaśni. Nigdzie z tobą nie idę. Jestem ponad te ćwiczenia, walki, zombie i ciebie. Jestem lepsza.
Na te słowa w oczach mężczyzny pojawiła się niebezpieczna iskra. Delikatnie złapał mnie za rękę, a kiedy próbowałam się wyrwać wykręcił ją do tyłu i przycisnął mnie do ściany.
- Posłuchaj uważnie- Nachylił się i szepnął mi do ucha- Nie wiem co cię łączyło z tym kretynem, ale jak zakręciłaś go sobie wokół palca to nie znaczy, że możesz robić co ci się podoba.
-Z tego co wiem to jest twoim szefem- Dostosowałam się do jego tonu.
Rex mocniej mnie przycisnął na co cicho jęknęłam.

-Może, ale ty nie- puścił mnie i podszedł do drzwi- Za dziesięć minut w Sali treningowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz