Każde nieszczęście ma swoją dobrą stronę
Rano obudził mnie hałas. To Pedro pakował
właśnie ostatnią walizkę z moimi rzeczami, piątą. Wyglądał dzisiaj cudownie.
Ubrał ciemny T-shirt i luźne spodnie z krótkim łańcuchem u boku. Włosy miał jak
zwykle w męskim nieładzie.
- Co robisz?- Przeciągnęłam się.
- O! Dobrze, że się obudziłaś. Zaraz
wyjeżdżamy.- Odwrócił głowę w moją stronę.- Na krześle leżą twoje ubrania na
dzisiaj. Zaraz wrócę.
Wskazał ręką określone miejsce i wyszedł.
Miałam założyć biały, haftowany sweter i
jeansy. Buty były różowe i sznurowane. Zwykłe trampki. Zdziwiło mnie, że miałam
się ubrać kolorowo. Myślałam, że dozwolone są jedynie ciemne kolory.
Przebrałam się i ciasno związałam włosy w
wysoki kucyk. Wyglądałam bardzo ładnie. Czułam się kobieco. Chciałam podobać
się mojemu wybawcy. Niestety mój zapał przyćmiła strzykawka z Heniscytozą
leżąca na komodzie. Niechętnie wstrzyknęłam dawkę i stwierdziłam, że moje ręce
są całe sine. Wyglądałam jak ćpunka. Jakbym narkotyzowała się codziennie. Ok,
to nie wielkie poświęcenie w zamian za możliwość normalnego funkcjonowania, ale
Jezu. Miałam osiemnaście lat. Cały rok straciłam przez przemianę. To chyba
oczywiste, że jedynym pocieszeniem w mojej sytuacji był wygląd. Niedawno
zauważyłam, że w nowym wcieleniu oczy zabarwiły mi się na mdłą szarość. Były
unikalne i pociągające, idealnie kontrastowały z moimi kasztanowymi włosami.
Cały efekt psuły siniaki. Mogłam zapomnieć o seksownej, obcisłej bluzce na
ramiączkach.
- Co się
stało?- Zapytał Pedro widząc moją smętną minę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wrócił.
Niesamowite, jak udawało mu się tak często przemykać niezauważonym. Zaczynało
mnie to irytować
- Będę je miała już zawsze?- Odsłoniłam
rękawy, ukazując miejsca ukłuć.
Spojrzał na mnie z ukosa. Pod tym kontem
wyglądał jeszcze bardziej czarująco. Czasami miałam ochotę rzucić się na niego.
- Z czasem twoje ciało się przyzwyczai i
będą niewidoczne.
Pokazał mi swoje ręce. Faktycznie nie miał
ani śladu. To dobrze, przynajmniej tutaj się nie zawiodłam.
Uśmiechnął się do mnie i usiadł na łóżku.
Rozłożyłam się obok niego.
- Masz jeszcze jakieś pytania? Odpowiem na
każde. Rozumiem, że jesteś ciekawa jak będzie wyglądało twoje życie.- Odezwał
się.
Ciekawe: na każde pytanie. Kusiło mnie, żeby
zapytać czy jest mną serio zainteresowany albo czy jestem dla niego pociągająca.
Wiedziałam jednak, że chodziło o pytania dotyczące zombie. Jaka szkoda.
- Mam jedno…- Udało mi się sformułować odpowiednie.
- Zamieniam się w słuch.- Przeciągnął się i
wyraźnie skupił. Wyglądał teraz jak niewiarygodnie seksowny filozof. Chciałabym
widzieć go w tej pozycji częściej…- Oh, nienasycona Mel! Pragnęłam więcej
naszych wspólnych, romantycznych chwil sam na sam. Zaczynało mi odbijać na jego
punkcie.
Zamyśliłam się trochę. Widząc jego
zniecierpliwioną minę odnalazłam wątek.
- Will powiedział mi, że prawie połowa
naszego społeczeństwa nigdy nie powraca do kontaktów z dawnymi znajomymi.
Spuścił głowę. Nie uśmiechał się już. Na
jego twarzy pojawił się niezręczny wyraz. Nie chciał zdołować mnie jeszcze
bardziej, wiedział ile ostatnio przeszłam. Chociażby wczoraj, kiedy to omal nie
przespałam się ponownie z Willem. Myśl, że poszłam z tym mężczyzną do łóżka
wprawiała mnie w dreszcz. Mimo pociągającego wyglądu, brzydziłam się nim. Ale
tylko trochę. Może z czasem powrócilibyśmy do normalnych relacji. Na razie mógł
o tym tylko pomarzyć. I tak przy Pedro wyglądał jak brzydkie kaczątko.
- Czy to prawda?- Dokończyłam widząc jego
zmieszanie
Nie odpowiedział.
To mi
wystarczyło. Odwróciłam się do niego tyłem i zacisnęłam pięści. Byłam
zdenerwowana nie mogłam sobie pozwolić wyżyć się na nim. Nie na nim. Jemu
jedynemu na mnie zależało. Nie chciałam go stracić. Zaczęłam liczyć w myślach
do dziesięciu, kiedy trochę się uspokoiłam zapytałam:
- Ty tak masz?
Zamyślił się.
- To nie jest rozmowa na ten moment, chodźmy
już.- Powiedział w końcu.
Wziął wszystkie walizki i przepuścił mnie w
drzwiach. Zeszliśmy na sam dół. Było bardzo tłoczno. Przecisnęliśmy się przez
wszystkich i wyszliśmy na zewnątrz. Tłumy wsiadały do kolejno odjeżdżających
autokarów. My poszliśmy do czarnego jeepa, którym tu przyjechaliśmy. Ucieszyło
mnie to. Mógł jechać nim sam, a mnie wsadzić do pozostałym pojazdów z
nieznajomymi. Nie zrobił tego. Wiedział, że nikogo nie znam, chciał mnie mieć
na oku. Nie trudno było zauważyć, że łatwo wpadam w tarapaty. Martwił się o
mnie.
Kiedy ruszyliśmy zapytałam:
- Czy teraz jest odpowiedni moment na
dokończenie rozmowy?
Udał, że nie usłyszał i włączył radio.
O
nie. Ja tak łatwo nie ustępowałam. Nie znosiłam tajemnic. Od kąt pamiętam
rodzice wiecznie coś przede mną
ukrywali. Czasami, kiedy szłam spać słyszałam tylko ich ciche szepty
zabraniające komukolwiek mnie w to mieszać. Do tej pory jestem ciekawa o co
chodziło. Moja ciekawość wzięła górę i wyłączyłam głośnego rocka.
Spojrzał na mnie ze zdziwioną miną.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Powiedziałeś, że odpowiesz na…
- Wiem co powiedziałem.- Przerwał mi.- Nie
myślałem, że zaczniesz się wtrącać w moje życie.
Zdenerwował mnie. Miałam prawo znać prawdę.
W końcu po niebezpiecznym mordercy zombie mogłam się spodziewać wszystkiego.
Zawsze wiedziałam, że lepsza jest najgorsza prawda niż kłamstwo. Zniosłabym
każdą odpowiedź.
- Co? Ty znasz mnie na wylot, a ja
przypadkiem dowiedziałam się tylko jak się nazywasz. Nie mam o tobie pojęcia.
- I tak jest lepiej.- Burknął.
Nie rozumiałam go. Po naszym pocałunku
myślałam, że coś z tego będzie. On jednak całkowicie mnie odtrącił. Widocznie
podczas ostatniego spotkania dał się ponieść chwili. Szkoda, bo ja nie. Zaczęło
mi na nim zależeć.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w małej
knajpce. Stylu w niej nie było za grosz. Stare country. Kowbojskie plakaty,
mechaniczny byk i sztuczne sterty siana. Wieśniackie miejsce. Niestety tam
zamówiliśmy obiad. Ja wzięłam sałatkę warzywną, Pedro jakieś mięso. Nie byłam
pewna jakie, wyglądało niesmacznie. Przypominało raczej połamaną cegłę,
porozrzucaną po całym talerzu.
Oczywiście on płacił jak na mężczyznę
przystało. Chciałam zaoszczędzić trochę pieniędzy na nowej karcie.
Przysługiwały mi niskie „kieszonkowe”. Marzyłam by znowu móc codziennie kupować
nowe, modne i niewiarygodnie drogie ubrania. Wielogodzinne chodzenie po
sklepach sprawiało mi ogromną frajdę.
Właśnie! Przypomniało mi się, że miałam
jeszcze trochę pomęczyć Pedro. Umierałam tu z nudów, a mężczyźni zawsze byli
moimi ulubionymi zabawkami.
- Nie rozumiem.- Powiedziałam, kiedy
usiedliśmy przy jednym ze stołów.
Przerwał jedzenie.
- Czego?
- Najpierw okazujesz mi duże
zainteresowanie, a później odrzucasz.- Spróbowałam sałatki. Tak jak myślałam:
nie do przełknięcia. Wytarłam usta serwetką i odsunęłam od siebie talerz.
Westchnął. Lekko przekrzywił głowę i
spojrzał na mnie.
- Nie odrzucam cię.- Powiedział niskim,
łagodnym głosem, który wprawiał mnie w drganie. Uwielbiałam go słuchać, ale na
razie chciałam się jeszcze trochę pobawić.
- Ależ tak. Gdybyś mi powiedział…- Zaczęłam.
- Melisa dość.- Powrócił do posiłku.
- Nie! Wytłumacz mi o co ci chodzi. Jaki
masz problem? Wystarczy, że powiesz tak lub nie.
- Dość. - Powtórzył nieco głośniej.- Nie,
nie mam tego problemu. Koniec dyskusji.
Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego z
niedowierzaniem. Unikał mojego spojrzenia jak ognia. Rozglądał się po
wszystkich stronach byle na mnie nie popatrzeć.
- Coś ukrywasz. Zrobiłeś coś złego i nie
chcesz powiedzieć. Czuję, że jest jakiś problem, przez który nie masz kontaktu
z rodziną. Nie wyglądasz na szczęśliwego. Dręczą cię wyrzuty sumienia- Zaczęłam
go prowokować. Miałam ochotę pociągnąć tę szopkę. Ciekawiło mnie jak będzie się
zachowywał, gdy doprowadzę go do szału- Wiem! Zabiłeś ich. Skoro zrobiłeś to małej
dziewczynce bez mrugnięcia okiem to dlaczego nie miałeś swojej matce albo ojcu?
Uderzył dłonią w stół. Rozległ się huk.
Wszystkie oczy zwróciły się na nas. Zaczęłam myśleć czy, aby nie przegięłam.
Żeby było jasne. Wciąż mi na nim zależało, ale uwielbiałam od czasu do czasu
powiedzieć coś złośliwego. Zwykle ofiarą padali najbliżsi. Byli przy mnie i
wiedziałam, że nawet jak im wejdę na głowę nie znienawidzą mnie. Z Pedro było
inaczej. Mógł mnie znienawidzić w każdej chwili. Mimo to nie potrafiłam ugryźć
się w język.
- Skąd wiesz, że nie utrzymuje z nimi
kontaktu?- Zacisnął zęby i spojrzał na mnie z góry.
- Powiedziałbyś mi, nie trzymałbyś tego w
tajemnicy. Poza tym jak masz się z nimi widywać skoro po pierwsze: muszą cię
nienawidzić. Po drugie: to się tyczy podpunktu pierwszego. Nienawidzą cię, bo
ich zabiłeś.- Uśmiechnęłam się złośliwie.
Bardzo szybko pożałowałam tych słów.
Trafiłam w czuły punkt. W jednej chwili na jego twarzy z irytacji pojawiła się
złość.
- Zamknij się! Nie potrafisz uszanować, że
nie chcę się przed tobą otwierać? Nie zawsze będziesz dostawać to czego chcesz.
Zabolało. Kazał mi się zamknąć. Nikt
wcześniej tego nie robił. Próbowałam siedzieć już cicho. Wiedziałam, że może
być tylko gorzej, ale mnie zdenerwował. Musiałam pociągnąć tę wymianę zdań.
- Mylisz się! Dowiem się co ukrywasz. Czy
tego chcesz czy nie.
Wstał i podszedł do mnie. Był tak blisko, że
czułam jego gorący oddech. Gdyby nie okoliczność w jakiej się zbliżył mogłabym
go pocałować. Stał przede mną jak wryty. Nie czułam się swobodnie. W końcu
przewyższał mnie ponad o głowę. Przez chwilę bałam się, że mnie uderzy, ale
szepnął tylko:
- Co możesz zrobić?
Rozluźniłam się. Wyrzuciłam bombę, która na pewno
zniszczyła całą, naszą dotychczasową relację. Czasami żałowałam, że nie
potrafiłam siedzieć cicho. Często z takich sytuacji ratowała mnie Mia. Stała
przy mnie i gdy widziała, że zabrnęłam za daleko. Odciągała mnie na bok. Tam
tłumaczyła czego nie powinnam mówić i jak mam się dalej zachować. Zawsze była
opanowana. Brakowało mi jej.
- Jeśli udało mi się ciebie uwieść to tym
bardziej wyciągnąć informacje. Udajesz teraz niewzruszonego, ale tak naprawdę
jesteś słaby. Nie potrafiłeś się nawet oprzeć małolacie, która zakręciła
tyłkiem.- Spojrzałam mu prosto w oczy. Znowu nabrałam pewności siebie. Dookoła
było pełno ludzi..- Nie jesteś niczym więcej jak niewzruszonym mordercą. Widzę,
że nie tylko zombie padają twoją ofiarą…
Oh, nie! Powiedziałam to. A miałam nadzieję,
że się powstrzymam. To była właśnie ta
bomba. Musiał mnie teraz nienawidzić.
Tak jak myślałam nie wytrzymał. Mocno złapał
mnie za rękę i szarpnął tak, że ześlizgnęłam się z krzesła. Kierowaliśmy się
teraz w stronę wyjścia. Zaczęłam stawiać pór. Próbowałam się wyrwać. Na próżno.
Uścisk nasilał się. Złapałam klamkę od drzwi. Nie mogłam pozwolić mu sobą
pomiatać. Postanowiłam, że wyjdę stąd tylko dobrowolnie. Nie dał za wygraną:
szarpnął mocniej i wyprowadził mnie na zewnątrz.
-Boli, zostaw!- Krzyknęłam, kiedy zaczęła
drętwieć mi dłoń.
Spojrzał na mnie i złagodniał. Zdał sobie
sprawę, że przesadził. Rozluźnił uścisk.
Kiedy
podeszliśmy do samochodu nie mogłam uwierzyć jak mógł się tak zachować. Ok,
sprowokowałam go, ale Boże. Takie zachowanie nie powinno mieć miejsca w żadnej
sytuacji.
Gdy chciał otworzyć mi drzwi odepchnęłam go
i poradziłam sobie sama. Nie miałam ochoty na uprzejmości z jego strony. Za
bardzo sobie nagrabił.
Kolejna godzina trasy przeminęła bez słowa.
Siedziałam do niego bokiem i podziwiałam przez okno widoki. Nie chciałam z nim
rozmawiać. Pierwszy raz w życiu ktoś tak mnie potraktował. Kiedy uratował mnie
przed Willem pomyślałam, że jest opiekuńczy i chce dla mnie dobrze. Teraz byłam
innego zdania. Zdałam sobie sprawę, że jest niebezpieczny. Nie wiadomo w jakie
bagno kiedyś wdepnął, do czego jest zdolny. Wiedziałam, że ciężko będzie mi się
trzymać od niego z daleka, ale postanowiłam spróbować.
- Przepraszam.- Powiedział w końcu i
spojrzał na mój nadgarstek. Nie bolał mnie już, ale ślad był widoczny. Lekkie,
czerwone opuchnięcie. Właściwie to dużo razy spotkały mnie większe tragedie. Gdyby
chciał zrobiłby mi większą krzywdę. Nie zmieniało to faktu, że byłam śmiertelnie obrażona. Użył wobec mnie…
chyba przemocy. Nie wiem jak to nazwać. W końcu nie uderzył mnie, ani nic.
Nie odpowiedziałam. Włączyłam radio.
Chciałam, żeby poczuł się odrzucony, niezauważany. Przecież on tak właśnie mnie
potraktował.
Spojrzał na mnie i otworzył usta jakby
chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Uznałam, że tak jest lepiej. Nie
zaczynałam rozmowy. Chciałam dokończyć tę podróż w spokoju.
Moje plany popsuło mocne uderzenie z lewej
strony. Poleciałam bezwładnie na Pedro. Właśnie
wjechało w nas czarne, osobowe auto.
Kiedy otworzyłam oczy poczułam ostry, kłujący ból. Byłam
oszołomiona, nawet nie wiedziałam co właściwie mnie boli. Wiedziałam tylko, że
cierpię. Zaczęłam krzyczeć. Teraz naprawdę ktoś mnie skrzywdził.
Towarzysz dotknął mojej ręki.
- Złamana.
Usłyszałam kolejne uderzenie. Tym razem
inny, duży, terenowy samochód wjechał w nas z drugiej strony prawie rozrywając
Pedro bok. Polała się krew. Można powiedzieć, że nabił się na maskę. Ostry
szpikulec zamieszczony w miejscu, gdzie powinna być tablica rejestracyjna po
prostu go przedziurawił. Wyglądało to
przerażająco. Nie wiedziałam co robić. Siedziałam na przednim siedzeniu i
przyglądałam się całej sytuacji. Nie byłam w stanie się ruszyć. Przywarło mnie.
Kilka
sekund później ledwo przytomny Pedro po wyjęciu z rany szpikulca złapał mnie i
wyprowadził z samochodu. Zaczęliśmy uciekać. Zdziwiło mnie z jaką prędkością.
Nawet najwybitniejszy olimpijczycy nie mieli szans osiągnąć takiego czasu.
Kolejny bonus bycia zombie. Dlaczego nikt nie był łaskaw mnie o tym
poinformować?
Kilka
uliczek dalej, kiedy nie udało nam się zgubić napastników towarzysz rzucił za
siebie małe, metalowe pudełko. Rozległ się huk. Z jadących za nami aut zostały
tylko porozrzucane części. Niestety pojawił się też ogień. Cała okolica
zaczynała płonąć. Wbiegliśmy do pobliskiego sklepu, gdzie barykadowali się już
mieszkańcy widząc całe zdarzenie. Pedro wykonał kilka szybkich telefonów po
hiszpańsku i usiadł na ziemi. Jego bluzka była teraz cała we krwi. Uklękłam
przy nim. Sięgnęłam po chusteczki leżące na stoliku i przyłożyłam mu do boku.
Pomyślałam, że tak łatwiej będzie zatamować krwotok. Starałam się nie myśleć o
bolącej ręce. Przy jego ranie to było nic. Chociaż raz w życiu postanowiłam nie
postąpić samolubnie. Tak jak on ratując mnie, kiedy chciała mnie zabrać policja
czy wykorzystać Will.
Popatrzył na mnie.
- Przylecą po nas helikopterem.- Wysapał
próbując wstać.
- Nie wstawaj.- Złapałam go za ramiona i
pomogłam wrócić do wygodnej pozycji.
- Poradzę sobie.- Subtelnie kazał mi zabrać
ręce.
Mężczyźni i ich ego. Nie do wytrzymania.
Nawet w najcięższej sytuacji nie
pozwalają sobie pomóc. Spojrzałam mu prosto w oczy. Wyraźnie dało się zauważyć,
iż cała samodzielność i spokój to tylko maska. Ledwo utrzymywał równowagę.
- Czy pół zombie mogą umrzeć?- Zapytałam
zmartwiona. Chciałam, żeby odpowiedział coś w stylu: oczywiście, że nie. Jutro
już będę całkowicie zdrowy, albo nie umrę w twoim towarzystwie jesteś za bardzo
seksowna i pociągająca, nie da się przy tobie zasnąć. Tak, takiej odpowiedzi
oczekiwałam najbardziej.
Drgnęły mu kąciki ust. Prawie się
uśmiechnął, prawie.
- Nie wybieram się jeszcze do grobu, ale to
trochę bardziej skomplikowane. Jeśli w naszej obecnej postaci mój stan byłby
krytyczny specjaliści odessali by mi z organizmu Heniscytozę, która hamuje
działanie leków, tym samym uodparniając mnie na nią. Powróciłbym do żywienia
się mózgami i mógłbym żyć dalej. Tylko, że zamknięty w jakiejś celi. Nie
pozwoliliby mi być na wolności. Nie byłbym wtedy już sobą.
Usiadłam obok niego i położyłam głowę na
jego ramieniu ( z tej zdrowej strony).
- Gdyby tak
było nie moglibyśmy się widywać.
Pokręcił głową.
- Nie, pragnąłbym również twojego mózgu.
Zapadła głucha cisza. Zaczęłam rozmyślać nad
tym jakby wtedy wyglądało moje życie. Dałabym sobie radę, na pewno. W końcu
znaliśmy się tylko chwilę. Nie mogłam się od niego uzależnić. To, że był
zabójczo przystojny nie czyniło go bogiem, chyba. Teraz, kiedy popatrzałam jak
walczy, żeby nie stracić przytomności opuścił mnie cały żal, który do niego
czułam. Nasza ostatnia kłótnia nie miała już znaczenia.
- Obiecaj mi coś- Przerwał milczenie- Gdyby
tak się stało zabijesz mnie. Wolałbym zginąć niż stać się potworem.
- Pedro…- Zaczęłam. Zmiękczył mnie jego
błagalny wzrok- Dobrze.
W jednej chwili wszyscy ludzie z budynku
podbiegli do okien. Pchali się, żeby coś zobaczyć. Zaciekawiło mnie to.
- Poczekaj.- Rozkazałam towarzyszowi.
Przepchałam się przez cały tłum i
zobaczyłam, że na środku pustej, zaczadzonej ulicy ląduje helikopter.
Spodziewałam się go tutaj trochę później. Bardzo szybko po nas przyleciał.
Wróciłam w miejsce, gdzie czekał na mnie
Pedro.
- Co tam jest?- Zapytał.
- Nasz transport
Chciałam pomóc mu wstać, ale sam to zrobił.
Wyraźnie odrzucał moją pomoc.
Weszliśmy po drabince do czarnego
helikoptera z szarym śmigłem i cyfrą dwanaście. Kolonijny helikopter, super. W
środku błyskawicznie założono mi gips na rękę i opatrzono mojego towarzysza.
Zdezynfekowali mu ranę, ale nie zszyli. Dwaj mężczyźni w białych fartuchach
siedzieli nad nim bezczynnie.
- Nie zrobicie nic?- Zapytałam.
Spojrzeli na mnie.
- Rana jest skomplikowana. Będzie potrzebna
operacja.- Odpowiedział jeden z nich.
Operacja. Na dźwięk tego słowa skrzywiłam
się. Przypomniałam sobie, że mój dziadek zmarł przez nieudaną operacje i w
kolejnych latach rodzice sądzili się z lekarzami, którzy ją przeprowadzili.
Oczywiście my wygraliśmy sprawę. Za pieniądze ze spadku rodzice wynajęli najlepszych
adwokatów. Miałam wtedy wrażenie, że zrobili to dla zasady, a śmierć dziadka
była im na rękę. W końcu dostaliśmy po nim miliony. Tata był bogatym,
rozpieszczonym jedynakiem.
-
Dlaczego jej nie zrobicie? Przecież liczy się czas!- Wróciłam do tematu.
- Nie mamy odpowiedniego sprzętu. Byłoby duże
ryzyko niepowodzenia. Niedługo będziemy na miejscu i wszystko odbędzie się
profesjonalnie.- Powiedział drugi.
Przewróciłam oczami. Czekał mnie długi lot.
Usiadłam obok Pedro i dyskretnie pokazałam
lekarzom żeby odeszli. Posłusznie poszli do kabiny pilotów.
- Trzymasz się jakoś?- Zapytał kiedy
zostaliśmy sami.
- Ja?- Zaśmiałam się.
Delikatnie złapał mnie za rękę.
- Zależy mi na tobie.
Urocze, zrobiło mi się ciepło na sercu,
poczułam motylki w brzuchu. Widać świadomość nagłej śmierci sprawiła, że się
otworzył. Potrzebowaliśmy więcej takich
sytuacji.
- Jak skoro mnie odrzucasz?- Przypomniałam
sobie jedyny problem.
- Nigdy cię nie…- Zaczął- Przepraszam.
Poruszyłaś bardzo bolesny dla mnie temat.
Spojrzał na mój nadgarstek ( lewy, bez
gipsu), pozostało na nim lekkie zaróżowienie. Ślad po tym, jak mnie wyprowadził z knajpy. Spuścił głowę,
posmutniał. Poczułam, że muszę go pocieszyć. Nie mogłam mu robić wyrzutów
podczas, gdy był w takim stanie.
- Hej, nic mi nie jest.- Uśmiechnęłam się.
Podniósł wzrok.
- Moja rodzina, ona… miałaś rację: zabiłem
ich.
- Co?
Poczułam się dziwnie. Wybaczyłam mu, że
zabił Olę. To była samoobrona, ale świadomość, że zabił swoich bliskich…
Wstałam i odwróciłam się do niego plecami.
- Nie zrobiłem tego specjalnie- Przyciągnął
mnie do siebie- Byłem na podwórku przed domem. Zaatakowali mnie
śmiercionosiciele. Ojciec odciągnął ich ode mnie. Udało mu się. Wiedział, że
boją się ognia. Niestety pogryzły mnie już. Wszyscy myśleli, że jestem w śpiączce.
Kiedy obudziłem się w szpitalu, a oni byli przy mnie…- Urwał.
Ponownie usiadłam obok niego. Dotknęłam go w
policzek, chciałam pocieszyć. Zrozumiałam, dlaczego tak się na mnie
zdenerwował.
- Dziękuje, że mi powiedziałeś.
- Nie, to jeszcze nie wszystko. Moi rodzice
i brat… Zmieniłem ich w zombie. Kiedy trzydzieści lat później spotkaliśmy się
na polu bitwy zabiłem ich. Wszystkich.
Zacisnął pięści. Był smutny i zdenerwowany.
Moje wspomnienia były koszmarne, ale jego to istny horror, wymysły jakiegoś
sadysty.
Pochyliłam się nad nim i go przytuliłam.
Odwzajemnił uścisk. Podniósł się. Siedziałam teraz z głową na jego gołej klatce piersiowej. Zdjęli mu koszule, żeby
zdezynfekować ranę. Pierwszy raz dostrzegłam, że ma tam tatuaż. Dużego,
czarnego ptaka, szykującego się do lotu. Przejechałam po nim palcem. Poczułam
szybkie bicie serca. Moje też tak biło. Kiedy przypominałam sobie, że to tylko
efekt jakiegoś leku, a naprawdę jesteśmy martwi…
Widząc moje zainteresowanie powiedział:
- Przedstawia kogoś kto chce i szykuje się
do odlotu, ale nie może. Coś trzyma go tu na siłę.
Uniosłam głowę i popatrzałam mu prosto w
oczy. Ptak symbolizował jego. Próbował uciec od przeszłości i teraźniejszości.
Niestety było to niemożliwe. Sama się już o tym przekonałam.
Nachylił się nade mną. Przeczesał ręką moje
włosy i zawinął sobie końcówkę wokół palca. Czułam się cudownie. Nie mogłam
uwierzyć, kiedy zbliżył się do mnie jeszcze mocniej i lekko musnął ustami moich
ust. Nie wytrzymałam, złapałam go za szyję i pocałowałam. Objął mnie w pasie.
Całowaliśmy się teraz długo i namiętnie. Zalała mnie fala rozkoszy. Na to
właśnie czekałam. Byliśmy razem, nie rozłączni teraz: przez chwilę czułam, że
mu na mnie zależy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz