niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 10

Każde nieszczęście ma swoją dobrą stronę
Rano obudził mnie hałas. To Pedro pakował właśnie ostatnią walizkę z moimi rzeczami, piątą. Wyglądał dzisiaj cudownie. Ubrał ciemny T-shirt i luźne spodnie z krótkim łańcuchem u boku. Włosy miał jak zwykle w męskim nieładzie.
- Co robisz?- Przeciągnęłam się.
- O! Dobrze, że się obudziłaś. Zaraz wyjeżdżamy.- Odwrócił głowę w moją stronę.- Na krześle leżą twoje ubrania na dzisiaj. Zaraz wrócę.
Wskazał ręką określone miejsce i  wyszedł.
Miałam założyć biały, haftowany sweter i jeansy. Buty były różowe i sznurowane. Zwykłe trampki. Zdziwiło mnie, że miałam się ubrać kolorowo. Myślałam, że dozwolone są jedynie ciemne kolory.
Przebrałam się i ciasno związałam włosy w wysoki kucyk. Wyglądałam bardzo ładnie. Czułam się kobieco. Chciałam podobać się mojemu wybawcy. Niestety mój zapał przyćmiła strzykawka z Heniscytozą leżąca na komodzie. Niechętnie wstrzyknęłam dawkę i stwierdziłam, że moje ręce są całe sine. Wyglądałam jak ćpunka. Jakbym narkotyzowała się codziennie. Ok, to nie wielkie poświęcenie w zamian za możliwość normalnego funkcjonowania, ale Jezu. Miałam osiemnaście lat. Cały rok straciłam przez przemianę. To chyba oczywiste, że jedynym pocieszeniem w mojej sytuacji był wygląd. Niedawno zauważyłam, że w nowym wcieleniu oczy zabarwiły mi się na mdłą szarość. Były unikalne i pociągające, idealnie kontrastowały z moimi kasztanowymi włosami. Cały efekt psuły siniaki. Mogłam zapomnieć o seksownej, obcisłej bluzce na ramiączkach.
- Co się  stało?- Zapytał Pedro widząc moją smętną minę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wrócił. Niesamowite, jak udawało mu się tak często przemykać niezauważonym. Zaczynało mnie to irytować
- Będę je miała już zawsze?- Odsłoniłam rękawy, ukazując miejsca ukłuć.
Spojrzał na mnie z ukosa. Pod tym kontem wyglądał jeszcze bardziej czarująco. Czasami miałam ochotę rzucić się na niego.
- Z czasem twoje ciało się przyzwyczai i będą niewidoczne.
Pokazał mi swoje ręce. Faktycznie nie miał ani śladu. To dobrze, przynajmniej tutaj się nie zawiodłam.
Uśmiechnął się do mnie i usiadł na łóżku. Rozłożyłam się obok niego.
- Masz jeszcze jakieś pytania? Odpowiem na każde. Rozumiem, że jesteś ciekawa jak będzie wyglądało twoje życie.- Odezwał się.
Ciekawe: na każde pytanie. Kusiło mnie, żeby zapytać czy jest mną serio zainteresowany albo czy jestem dla niego pociągająca. Wiedziałam jednak, że chodziło o pytania dotyczące zombie. Jaka szkoda.
- Mam jedno…- Udało mi się sformułować  odpowiednie.
- Zamieniam się w słuch.- Przeciągnął się i wyraźnie skupił. Wyglądał teraz jak niewiarygodnie seksowny filozof. Chciałabym widzieć go w tej pozycji częściej…- Oh, nienasycona Mel! Pragnęłam więcej naszych wspólnych, romantycznych chwil sam na sam. Zaczynało mi odbijać na jego punkcie.
Zamyśliłam się trochę. Widząc jego zniecierpliwioną minę odnalazłam wątek.
- Will powiedział mi, że prawie połowa naszego społeczeństwa nigdy nie powraca do kontaktów z dawnymi znajomymi.
Spuścił głowę. Nie uśmiechał się już. Na jego twarzy pojawił się niezręczny wyraz. Nie chciał zdołować mnie jeszcze bardziej, wiedział ile ostatnio przeszłam. Chociażby wczoraj, kiedy to omal nie przespałam się ponownie z Willem. Myśl, że poszłam z tym mężczyzną do łóżka wprawiała mnie w dreszcz. Mimo pociągającego wyglądu, brzydziłam się nim. Ale tylko trochę. Może z czasem powrócilibyśmy do normalnych relacji. Na razie mógł o tym tylko pomarzyć. I tak przy Pedro wyglądał jak brzydkie kaczątko.
- Czy to prawda?- Dokończyłam widząc jego zmieszanie
Nie odpowiedział.
To mi  wystarczyło. Odwróciłam się do niego tyłem i zacisnęłam pięści. Byłam zdenerwowana nie mogłam sobie pozwolić wyżyć się na nim. Nie na nim. Jemu jedynemu na mnie zależało. Nie chciałam go stracić. Zaczęłam liczyć w myślach do dziesięciu, kiedy trochę się uspokoiłam zapytałam:
- Ty tak masz?
Zamyślił się.
- To nie jest rozmowa na ten moment, chodźmy już.- Powiedział w końcu.
Wziął wszystkie walizki i przepuścił mnie w drzwiach. Zeszliśmy na sam dół. Było bardzo tłoczno. Przecisnęliśmy się przez wszystkich i wyszliśmy na zewnątrz. Tłumy wsiadały do kolejno odjeżdżających autokarów. My poszliśmy do czarnego jeepa, którym tu przyjechaliśmy. Ucieszyło mnie to. Mógł jechać nim sam, a mnie wsadzić do pozostałym pojazdów z nieznajomymi. Nie zrobił tego. Wiedział, że nikogo nie znam, chciał mnie mieć na oku. Nie trudno było zauważyć, że łatwo wpadam w tarapaty. Martwił się o mnie.
Kiedy ruszyliśmy zapytałam:
- Czy teraz jest odpowiedni moment na dokończenie rozmowy?
Udał, że nie usłyszał i włączył radio.
 O nie. Ja tak łatwo nie ustępowałam. Nie znosiłam tajemnic. Od kąt pamiętam rodzice wiecznie coś  przede mną ukrywali. Czasami, kiedy szłam spać słyszałam tylko ich ciche szepty zabraniające komukolwiek mnie w to mieszać. Do tej pory jestem ciekawa o co chodziło. Moja ciekawość wzięła górę i wyłączyłam głośnego rocka.
Spojrzał na mnie ze zdziwioną miną.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Powiedziałeś, że odpowiesz na…
- Wiem co powiedziałem.- Przerwał mi.- Nie myślałem, że zaczniesz się wtrącać w moje życie.
Zdenerwował mnie. Miałam prawo znać prawdę. W końcu po niebezpiecznym mordercy zombie mogłam się spodziewać wszystkiego. Zawsze wiedziałam, że lepsza jest najgorsza prawda niż kłamstwo. Zniosłabym każdą odpowiedź.
- Co? Ty znasz mnie na wylot, a ja przypadkiem dowiedziałam się tylko jak się nazywasz. Nie mam o tobie pojęcia.
- I tak jest lepiej.- Burknął.
Nie rozumiałam go. Po naszym pocałunku myślałam, że coś z tego będzie. On jednak całkowicie mnie odtrącił. Widocznie podczas ostatniego spotkania dał się ponieść chwili. Szkoda, bo ja nie. Zaczęło mi na nim zależeć.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w małej knajpce. Stylu w niej nie było za grosz. Stare country. Kowbojskie plakaty, mechaniczny byk i sztuczne sterty siana. Wieśniackie miejsce. Niestety tam zamówiliśmy obiad. Ja wzięłam sałatkę warzywną, Pedro jakieś mięso. Nie byłam pewna jakie, wyglądało niesmacznie. Przypominało raczej połamaną cegłę, porozrzucaną po całym talerzu.
Oczywiście on płacił jak na mężczyznę przystało. Chciałam zaoszczędzić trochę pieniędzy na nowej karcie. Przysługiwały mi niskie „kieszonkowe”. Marzyłam by znowu móc codziennie kupować nowe, modne i niewiarygodnie drogie ubrania. Wielogodzinne chodzenie po sklepach sprawiało mi ogromną frajdę.
Właśnie! Przypomniało mi się, że miałam jeszcze trochę pomęczyć Pedro. Umierałam tu z nudów, a mężczyźni zawsze byli moimi ulubionymi zabawkami.
- Nie rozumiem.- Powiedziałam, kiedy usiedliśmy przy jednym ze stołów.
Przerwał jedzenie.
- Czego?
- Najpierw okazujesz mi duże zainteresowanie, a później odrzucasz.- Spróbowałam sałatki. Tak jak myślałam: nie do przełknięcia. Wytarłam usta serwetką i odsunęłam od siebie talerz.
Westchnął. Lekko przekrzywił głowę i spojrzał na mnie.
- Nie odrzucam cię.- Powiedział niskim, łagodnym głosem, który wprawiał mnie w drganie. Uwielbiałam go słuchać, ale na razie chciałam się jeszcze trochę pobawić.
- Ależ tak. Gdybyś mi powiedział…- Zaczęłam.
- Melisa dość.- Powrócił do posiłku.
- Nie! Wytłumacz mi o co ci chodzi. Jaki masz problem? Wystarczy, że powiesz tak lub nie.
- Dość. - Powtórzył nieco głośniej.- Nie, nie mam tego problemu. Koniec dyskusji.
Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Unikał mojego spojrzenia jak ognia. Rozglądał się po wszystkich stronach byle na mnie nie popatrzeć.
- Coś ukrywasz. Zrobiłeś coś złego i nie chcesz powiedzieć. Czuję, że jest jakiś problem, przez który nie masz kontaktu z rodziną. Nie wyglądasz na szczęśliwego. Dręczą cię wyrzuty sumienia- Zaczęłam go prowokować. Miałam ochotę pociągnąć tę szopkę. Ciekawiło mnie jak będzie się zachowywał, gdy doprowadzę go do szału- Wiem! Zabiłeś ich. Skoro zrobiłeś to małej dziewczynce bez mrugnięcia okiem to dlaczego nie  miałeś swojej matce albo ojcu?
Uderzył dłonią w stół. Rozległ się huk. Wszystkie oczy zwróciły się na nas. Zaczęłam myśleć czy, aby nie przegięłam. Żeby było jasne. Wciąż mi na nim zależało, ale uwielbiałam od czasu do czasu powiedzieć coś złośliwego. Zwykle ofiarą padali najbliżsi. Byli przy mnie i wiedziałam, że nawet jak im wejdę na głowę nie znienawidzą mnie. Z Pedro było inaczej. Mógł mnie znienawidzić w każdej chwili. Mimo to nie potrafiłam ugryźć się w język.
- Skąd wiesz, że nie utrzymuje z nimi kontaktu?- Zacisnął zęby i spojrzał na mnie z góry.
- Powiedziałbyś mi, nie trzymałbyś tego w tajemnicy. Poza tym jak masz się z nimi widywać skoro po pierwsze: muszą cię nienawidzić. Po drugie: to się tyczy podpunktu pierwszego. Nienawidzą cię, bo ich zabiłeś.- Uśmiechnęłam się złośliwie.
Bardzo szybko pożałowałam tych słów. Trafiłam w czuły punkt. W jednej chwili na jego twarzy z irytacji pojawiła się złość.
- Zamknij się! Nie potrafisz uszanować, że nie chcę się przed tobą otwierać? Nie zawsze będziesz dostawać to czego chcesz.
Zabolało. Kazał mi się zamknąć. Nikt wcześniej tego nie robił. Próbowałam siedzieć już cicho. Wiedziałam, że może być tylko gorzej, ale mnie zdenerwował. Musiałam pociągnąć tę wymianę zdań.
- Mylisz się! Dowiem się co ukrywasz. Czy tego chcesz czy nie.
Wstał i podszedł do mnie. Był tak blisko, że czułam jego gorący oddech. Gdyby nie okoliczność w jakiej się zbliżył mogłabym go pocałować. Stał przede mną jak wryty. Nie czułam się swobodnie. W końcu przewyższał mnie ponad o głowę. Przez chwilę bałam się, że mnie uderzy, ale szepnął tylko:
- Co możesz zrobić?
Rozluźniłam się. Wyrzuciłam bombę, która na pewno zniszczyła całą, naszą dotychczasową relację. Czasami żałowałam, że nie potrafiłam siedzieć cicho. Często z takich sytuacji ratowała mnie Mia. Stała przy mnie i gdy widziała, że zabrnęłam za daleko. Odciągała mnie na bok. Tam tłumaczyła czego nie powinnam mówić i jak mam się dalej zachować. Zawsze była opanowana. Brakowało mi jej.
- Jeśli udało mi się ciebie uwieść to tym bardziej wyciągnąć informacje. Udajesz teraz niewzruszonego, ale tak naprawdę jesteś słaby. Nie potrafiłeś się nawet oprzeć małolacie, która zakręciła tyłkiem.- Spojrzałam mu prosto w oczy. Znowu nabrałam pewności siebie. Dookoła było pełno ludzi..- Nie jesteś niczym więcej jak niewzruszonym mordercą. Widzę, że nie tylko zombie padają twoją ofiarą…
Oh, nie! Powiedziałam to. A miałam nadzieję, że się powstrzymam. To  była właśnie ta bomba. Musiał mnie teraz nienawidzić.
Tak jak myślałam nie wytrzymał. Mocno złapał mnie za rękę i szarpnął tak, że ześlizgnęłam się z krzesła. Kierowaliśmy się teraz w stronę wyjścia. Zaczęłam stawiać pór. Próbowałam się wyrwać. Na próżno. Uścisk nasilał się. Złapałam klamkę od drzwi. Nie mogłam pozwolić mu sobą pomiatać. Postanowiłam, że wyjdę stąd tylko dobrowolnie. Nie dał za wygraną: szarpnął mocniej i wyprowadził mnie na zewnątrz.
-Boli, zostaw!- Krzyknęłam, kiedy zaczęła drętwieć mi dłoń.
Spojrzał na mnie i złagodniał. Zdał sobie sprawę, że przesadził. Rozluźnił uścisk.
 Kiedy podeszliśmy do samochodu nie mogłam uwierzyć jak mógł się tak zachować. Ok, sprowokowałam go, ale Boże. Takie zachowanie nie powinno mieć miejsca w żadnej sytuacji.
Gdy chciał otworzyć mi drzwi odepchnęłam go i poradziłam sobie sama. Nie miałam ochoty na uprzejmości z jego strony. Za bardzo sobie nagrabił.
Kolejna godzina trasy przeminęła bez słowa. Siedziałam do niego bokiem i podziwiałam przez okno widoki. Nie chciałam z nim rozmawiać. Pierwszy raz w życiu ktoś tak mnie potraktował. Kiedy uratował mnie przed Willem pomyślałam, że jest opiekuńczy i chce dla mnie dobrze. Teraz byłam innego zdania. Zdałam sobie sprawę, że jest niebezpieczny. Nie wiadomo w jakie bagno kiedyś wdepnął, do czego jest zdolny. Wiedziałam, że ciężko będzie mi się trzymać od niego z daleka, ale postanowiłam spróbować.
- Przepraszam.- Powiedział w końcu i spojrzał na mój nadgarstek. Nie bolał mnie już, ale ślad był widoczny. Lekkie, czerwone opuchnięcie. Właściwie to dużo razy spotkały mnie większe tragedie. Gdyby chciał zrobiłby mi większą krzywdę. Nie zmieniało to faktu, że  byłam śmiertelnie obrażona. Użył wobec mnie… chyba przemocy. Nie wiem jak to nazwać. W końcu nie uderzył mnie, ani nic.
Nie odpowiedziałam. Włączyłam radio. Chciałam, żeby poczuł się odrzucony, niezauważany. Przecież on tak właśnie mnie potraktował.
Spojrzał na mnie i otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Uznałam, że tak jest lepiej. Nie zaczynałam rozmowy. Chciałam dokończyć tę podróż w spokoju.

Moje plany popsuło mocne uderzenie z lewej strony. Poleciałam bezwładnie na Pedro.  Właśnie wjechało w nas czarne, osobowe auto.
Kiedy otworzyłam oczy  poczułam ostry, kłujący ból. Byłam oszołomiona, nawet nie wiedziałam co właściwie mnie boli. Wiedziałam tylko, że cierpię. Zaczęłam krzyczeć. Teraz naprawdę ktoś mnie skrzywdził.
 Towarzysz dotknął mojej ręki.
- Złamana.
Usłyszałam kolejne uderzenie. Tym razem inny, duży, terenowy samochód wjechał w nas z drugiej strony prawie rozrywając Pedro bok. Polała się krew. Można powiedzieć, że nabił się na maskę. Ostry szpikulec zamieszczony w miejscu, gdzie powinna być tablica rejestracyjna po prostu go przedziurawił.  Wyglądało to przerażająco. Nie wiedziałam co robić. Siedziałam na przednim siedzeniu i przyglądałam się całej sytuacji. Nie byłam w stanie się ruszyć. Przywarło mnie.
 Kilka sekund później ledwo przytomny Pedro po wyjęciu z rany szpikulca złapał mnie i wyprowadził z samochodu. Zaczęliśmy uciekać. Zdziwiło mnie z jaką prędkością. Nawet najwybitniejszy olimpijczycy nie mieli szans osiągnąć takiego czasu. Kolejny bonus bycia zombie. Dlaczego nikt nie był łaskaw mnie o tym poinformować?
 Kilka uliczek dalej, kiedy nie udało nam się zgubić napastników towarzysz rzucił za siebie małe, metalowe pudełko. Rozległ się huk. Z jadących za nami aut zostały tylko porozrzucane części. Niestety pojawił się też ogień. Cała okolica zaczynała płonąć. Wbiegliśmy do pobliskiego sklepu, gdzie barykadowali się już mieszkańcy widząc całe zdarzenie. Pedro wykonał kilka szybkich telefonów po hiszpańsku i usiadł na ziemi. Jego bluzka była teraz cała we krwi. Uklękłam przy nim. Sięgnęłam po chusteczki leżące na stoliku i przyłożyłam mu do boku. Pomyślałam, że tak łatwiej będzie zatamować krwotok. Starałam się nie myśleć o bolącej ręce. Przy jego ranie to było nic. Chociaż raz w życiu postanowiłam nie postąpić samolubnie. Tak jak on ratując mnie, kiedy chciała mnie zabrać policja czy wykorzystać Will.
Popatrzył na mnie.
- Przylecą po nas helikopterem.- Wysapał próbując wstać.
- Nie wstawaj.- Złapałam go za ramiona i pomogłam wrócić  do wygodnej pozycji.
- Poradzę sobie.- Subtelnie kazał mi zabrać ręce.
Mężczyźni i ich ego. Nie do wytrzymania. Nawet w najcięższej sytuacji  nie pozwalają sobie pomóc. Spojrzałam mu prosto w oczy. Wyraźnie dało się zauważyć, iż cała samodzielność i spokój to tylko maska. Ledwo utrzymywał równowagę.
- Czy pół zombie mogą umrzeć?- Zapytałam zmartwiona. Chciałam, żeby odpowiedział coś w stylu: oczywiście, że nie. Jutro już będę całkowicie zdrowy, albo nie umrę w twoim towarzystwie jesteś za bardzo seksowna i pociągająca, nie da się przy tobie zasnąć. Tak, takiej odpowiedzi oczekiwałam najbardziej.
Drgnęły mu kąciki ust. Prawie się uśmiechnął, prawie.
- Nie wybieram się jeszcze do grobu, ale to trochę bardziej skomplikowane. Jeśli w naszej obecnej postaci mój stan byłby krytyczny specjaliści odessali by mi z organizmu Heniscytozę, która hamuje działanie leków, tym samym uodparniając mnie na nią. Powróciłbym do żywienia się mózgami i mógłbym żyć dalej. Tylko, że zamknięty w jakiejś celi. Nie pozwoliliby mi być na wolności. Nie byłbym wtedy już sobą.
Usiadłam obok niego i położyłam głowę na jego ramieniu ( z tej zdrowej strony).
- Gdyby tak  było nie moglibyśmy się widywać.
Pokręcił głową.
- Nie, pragnąłbym również twojego mózgu.
Zapadła głucha cisza. Zaczęłam rozmyślać nad tym jakby wtedy wyglądało moje życie. Dałabym sobie radę, na pewno. W końcu znaliśmy się tylko chwilę. Nie mogłam się od niego uzależnić. To, że był zabójczo przystojny nie czyniło go bogiem, chyba. Teraz, kiedy popatrzałam jak walczy, żeby nie stracić przytomności opuścił mnie cały żal, który do niego czułam. Nasza ostatnia kłótnia nie miała już znaczenia.
- Obiecaj mi coś- Przerwał milczenie- Gdyby tak się stało zabijesz mnie. Wolałbym zginąć niż stać się potworem.
- Pedro…- Zaczęłam. Zmiękczył mnie jego błagalny wzrok- Dobrze.
W jednej chwili wszyscy ludzie z budynku podbiegli do okien. Pchali się, żeby coś zobaczyć. Zaciekawiło mnie to.
- Poczekaj.- Rozkazałam towarzyszowi.
Przepchałam się przez cały tłum i zobaczyłam, że na środku pustej, zaczadzonej ulicy ląduje helikopter. Spodziewałam się go tutaj trochę później. Bardzo szybko po nas przyleciał.
 Wróciłam w miejsce, gdzie czekał na mnie Pedro.
- Co tam jest?- Zapytał.
- Nasz transport
Chciałam pomóc mu wstać, ale sam to zrobił. Wyraźnie odrzucał moją pomoc.
Weszliśmy po drabince do czarnego helikoptera z szarym śmigłem i cyfrą dwanaście. Kolonijny helikopter, super. W środku błyskawicznie założono mi gips na rękę i opatrzono mojego towarzysza. Zdezynfekowali mu ranę, ale nie zszyli. Dwaj mężczyźni w białych fartuchach siedzieli nad nim bezczynnie.
- Nie zrobicie nic?- Zapytałam.
Spojrzeli na mnie.
- Rana jest skomplikowana. Będzie potrzebna operacja.- Odpowiedział jeden z nich.
Operacja. Na dźwięk tego słowa skrzywiłam się. Przypomniałam sobie, że mój dziadek zmarł przez nieudaną operacje i w kolejnych latach rodzice sądzili się z lekarzami, którzy ją przeprowadzili. Oczywiście my wygraliśmy sprawę. Za pieniądze ze spadku rodzice wynajęli najlepszych adwokatów. Miałam wtedy wrażenie, że zrobili to dla zasady, a śmierć dziadka była im na rękę. W końcu dostaliśmy po nim miliony. Tata był bogatym, rozpieszczonym jedynakiem.
-  Dlaczego jej nie zrobicie? Przecież liczy się czas!- Wróciłam do tematu.
- Nie mamy odpowiedniego sprzętu. Byłoby duże ryzyko niepowodzenia. Niedługo będziemy na miejscu i wszystko odbędzie się profesjonalnie.- Powiedział drugi.
Przewróciłam oczami. Czekał mnie długi lot.
Usiadłam obok Pedro i dyskretnie pokazałam lekarzom żeby odeszli. Posłusznie poszli do kabiny pilotów.
- Trzymasz się jakoś?- Zapytał kiedy zostaliśmy sami.
- Ja?- Zaśmiałam się.
Delikatnie złapał mnie za rękę.
- Zależy mi na tobie.
Urocze, zrobiło mi się ciepło na sercu, poczułam motylki w brzuchu. Widać świadomość nagłej śmierci sprawiła, że się otworzył. Potrzebowaliśmy więcej takich  sytuacji.
- Jak skoro mnie odrzucasz?- Przypomniałam sobie jedyny problem.
- Nigdy cię nie…- Zaczął- Przepraszam. Poruszyłaś bardzo bolesny dla mnie temat.
Spojrzał na mój nadgarstek ( lewy, bez gipsu), pozostało na nim lekkie zaróżowienie. Ślad po tym, jak  mnie wyprowadził z knajpy. Spuścił głowę, posmutniał. Poczułam, że muszę go pocieszyć. Nie mogłam mu robić wyrzutów podczas, gdy był w takim stanie.
- Hej, nic mi nie jest.- Uśmiechnęłam się.
Podniósł wzrok.
- Moja rodzina, ona… miałaś rację: zabiłem ich.
- Co?
Poczułam się dziwnie. Wybaczyłam mu, że zabił Olę. To była samoobrona, ale świadomość, że zabił swoich bliskich…
Wstałam i odwróciłam się do niego plecami.
- Nie zrobiłem tego specjalnie- Przyciągnął mnie do siebie- Byłem na podwórku przed domem. Zaatakowali mnie śmiercionosiciele. Ojciec odciągnął ich ode mnie. Udało mu się. Wiedział, że boją się ognia. Niestety pogryzły mnie już. Wszyscy myśleli, że jestem w śpiączce. Kiedy obudziłem się w szpitalu, a oni byli przy mnie…- Urwał.
Ponownie usiadłam obok niego. Dotknęłam go w policzek, chciałam pocieszyć. Zrozumiałam, dlaczego tak się na mnie zdenerwował.
- Dziękuje, że mi powiedziałeś.
- Nie, to jeszcze nie wszystko. Moi rodzice i brat… Zmieniłem ich w zombie. Kiedy trzydzieści lat później spotkaliśmy się na polu bitwy zabiłem ich. Wszystkich.
Zacisnął pięści. Był smutny i zdenerwowany. Moje wspomnienia były koszmarne, ale jego to istny horror, wymysły jakiegoś sadysty.
Pochyliłam się nad nim i go przytuliłam. Odwzajemnił uścisk. Podniósł się. Siedziałam teraz z głową na jego gołej  klatce piersiowej. Zdjęli mu koszule, żeby zdezynfekować ranę. Pierwszy raz dostrzegłam, że ma tam tatuaż. Dużego, czarnego ptaka, szykującego się do lotu. Przejechałam po nim palcem. Poczułam szybkie bicie serca. Moje też tak biło. Kiedy przypominałam sobie, że to tylko efekt jakiegoś leku, a naprawdę jesteśmy martwi…
Widząc moje zainteresowanie powiedział:
- Przedstawia kogoś kto chce i szykuje się do odlotu, ale nie może. Coś trzyma go tu na siłę.
Uniosłam głowę i popatrzałam mu prosto w oczy. Ptak symbolizował jego. Próbował uciec od przeszłości i teraźniejszości. Niestety było to niemożliwe. Sama się już o tym przekonałam.

Nachylił się nade mną. Przeczesał ręką moje włosy i zawinął sobie końcówkę wokół palca. Czułam się cudownie. Nie mogłam uwierzyć, kiedy zbliżył się do mnie jeszcze mocniej i lekko musnął ustami moich ust. Nie wytrzymałam, złapałam go za szyję i pocałowałam. Objął mnie w pasie. Całowaliśmy się teraz długo i namiętnie. Zalała mnie fala rozkoszy. Na to właśnie czekałam. Byliśmy razem, nie rozłączni teraz: przez chwilę czułam, że mu na mnie zależy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz