środa, 22 lipca 2015

Rozdział 15

A może nie wiem wszystkiego?

Kolejne dni mijały bez zmian. Jakimś cudem udawało mi zbywać Willa, chociaż stawało się to coraz trudniejsze. Zaczynał naprawdę wczuwać się w rolę ojca. Wczoraj niestety nie skończyło się już tylko na kolejnej parze ostrzeżeń i macierzyńskich porad, dostałam jeszcze torbę ubrań ciążowych (odrażających z resztą, których i tak nigdy bym nie założyła) i mnóstwo najróżniejszych witamin, owoców oraz warzyw. Normalnie kazałabym mu dać mi spokój i zapomnieć o dziecku, gdyby nie fakt, że ratował mnie przed Rexem. Zwykle przychodził w pierwszej godzinie treningu i mówił, że już wystarczy. Na początku mojemu wymagającemu trenerowi nie łatwo było to zaakceptować, ale po kilku dłuższych wymianach zdań poddał się i odpuścił. Pozostały czas zapełniały mi jedynie Henicytoza, jedzenie, pielęgnacja wyglądu, sen i na szczęście zabawa nowo zyskaną komórką. Przynajmniej ona zapewniała mi chwilę rozrywki. W końcu, po siedmiu dniach zniecierpliwienia, wyczekiwania i pogrążającej nudy nadszedł ten dzień. Dzień, w którym moje problemy miały się rozwiązać, a przynajmniej część. Z jednej strony już nie mogłam się doczekać, kiedy się wybudzę i z radością stwierdzę, że mój brzuch jest pusty. Jednak z drugiej strony bałam się operacji. Nie dość, że zabieg tego typu jest sam w sobie niebezpieczny to jeszcze miał być przeprowadzony przez tego doktora Vinterdows’a. Doskonale pamiętam każdy, nawet najmniejszy element cierpienia jaki mi zafundował. To okropne, że w tamtym momencie musiałam mu zaufać praktycznie bezgranicznie.
Siedziałam na łóżku wyszykowana i rozbudzona jak nigdy wcześniej o trzeciej w nocy. Kurczowo ściskałam telefon, na który miał przyjść sms od mężczyzny, którego szantażowałam, że mam przyjść do pokoju numer  sześćdziesiąt trzy na pierwszym piętrze. Zdążyłam się zorientować, że nazywał się Michael Bellings.
Minuty w całkowitej ciszy i niepewności zdawały się upływać niczym godziny. Czekałam, czekałam i czekałam, kiedy już miałam oszaleć poczułam wibracje. Sygnał, że przyszła wiadomość. Momentalnie sprawdziłam jej treść. Jedno słowo, a sprawiło, że zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z pokoju, a mianowicie:
„Teraz”
Najszybciej jak mogłam zbiegłam po schodach, a nie było to w brew pozorów łatwe biorąc pod uwagę bolący brzuch, stres i ogromny wysiłek, żeby nie zrobić nic głośnego. Gdybym kogoś obudziła cały plan ległby w gruzach. Nikt nie mógł wiedzieć. Nie uniknionym było, że prędzej czy później utrata ciąży zostanie zauważona, ale co mogą mi zrobić po fakcie? Czasu nie cofną.
Kiedy dotarłam na miejsce nawet nie przyszło mi do głowy, żeby się zatrzymać. Szeroko otworzyłam drzwi i weszłam do środka pomieszczenia. Jego wnętrze mnie trochę przeraziło. Mnóstwo skalpeli, igieł, strzykawek i laserów: sala tortur. Na środku przed wielkim łóżkiem stało dwoje mężczyzn. Oczywiście mogli to być tylko Felix Vinterdows i Michael Bellings.
-Jestem gotowa- Oznajmiłam zapominając o ciszy.
Felix podszedł do mnie.
-Ciii… Nikt nie może nas przyłapać- Przyłożył palec do ust.
Czując jego oddech na karku miałam ochotę zwymiotować. Nie znosiłam tego człowieka. Objął mnie w talii i szepnął:
-Nie wiem, jak zdołałaś go przekonać, żeby zadał sobie tyle trudu namawiając mnie do tego, ale ci się udało.
Wyrwałam się z uścisku i sztywno uśmiechnęłam.
-Dobrze to słyszeć.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym Michael udał się do wyjścia.
-Powodzenia-Powiedział.
-Dzięki-Pomachał mu Felix
-Nie dla ciebie-Dodał oschle i opuścił pomieszczenie.
Mruknęłam niepewne „Dzięki” i rozłożyłam się na łóżku. Okazało się bardzo wygodne, idealnie dopasowane do mojego ciała. Sądzę, że na przykład Pedro miałby większy problem, żeby się tutaj wygodnie położyć, a co dopiero Rex. Ten to by śmiesznie wyglądał.
-To kiedy zaczynamy?-Zapytałam.
-Teraz- Uśmiechnął się złowrogo doktorek i postawił sobie krzesło tuż obok mnie.
Zobaczywszy długą igłę w jego ręce przeraziłam się.
-Czy to będzie polało?-Zapytałam pośpiesznie.
Spojrzał na mnie pobłażliwie i pogładził po głowie, jak małe dziecko, na co się wzdrygnęłam i lekko odsunęłam.
-Poczujesz tylko ukłucie, później pogrążysz się w głębokim śnie-Powiedział spokojnym głosem i złapał za materiał mojej bluzki-Podciągnij ją.
Wykonałam polecenie i mocno zacisnęłam powieki. Czując, że igła jest coraz bliżej mocno złapałam się ram mebla. Chciałam, żeby ten koszmar się w końcu skończył, żeby wbił tą igłę i dał mi w spokój. Niestety moje prośby nie zostały wysłuchane, gdyż usłyszałam cichą melodię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że lekarz właśnie podchodzi do biurka i sięga po telefon. Ktoś dzwonił.
-Muszę odebrać-Zwrócił się do mnie po czym przyłożył komórkę do ucha.
-Vinterdows, słucham-Odezwał się.
Próbowałam podsłuchać o czym rozmawiają, ale na próżno. Drugi głos był zupełnie niesłyszalny.
-Jak to teraz? Ale ja… Dobrze, zaraz będę- Powiedział i zakończył połączenie.
-Co jest? A co ze mną?-Zapytałam wściekle.
Rozkojarzony spojrzał na mnie.
-Ja, my, my musimy to przełożyć.
Wstałam i podeszłam do niego.
-Słucham? Co jest do jasnej cholery ważniejszego niż moja operacja?!
Mężczyzna lekko się uśmiechnął.
-Montoya się obudził.
Co? Teraz? Nie, no nie wierzę. Każdego ranka wstawałam z nadzieją, że może dzisiaj wejdzie do mojego pokoju i już nigdy więcej nie puści, że mnie przytuli, pocałuje, cokolwiek. Ale teraz… absolutnie nie chciałam, żeby się wybudził. Czemu mam tak wielkiego pecha? Czemu nic nie może być dobrze. Nie mogłam nawet nakrzyczeć na lekarza. Byłoby to niewłaściwe zwłaszcza, że chciałam  udowodnić iż zależy mi na Pedro. Postanowiłam schować wszystkie emocje w kieszeń i powiedziałam bez większych emocji:
-No to chodźmy.

Kiedy weszliśmy do sali, w której przebywał Pedro zobaczyłam ogromne zbiorowisko. Mnóstwo tłoczących się lekarzy, pielęgniarek i osób trzecich. Nie wiedziałam na kim zawiesić wzrok. W końcu moje spojrzenie napotkało zakłopotanego Pedro, próbującego odpowiedzieć na wszystkie pytania. Siedział rozkojarzony na łóżko w szpitalnej koszuli i nieładzie na głowie. Wydawał się nieobecny, nic nie rozumiał, jak małe dziecko. Widok ten był rozkoszny. Kiedy zauważyłam, że wstaje bez zastanowienia podbiegłam i przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Wtedy to jakiekolwiek rozmowy ustały i wszystkie oczy zwróciły się na nas. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu chłopak nie odwzajemnił uścisku. Stał, jak gdybym była dla niego obcą osobą. Odsunęłam się od niego o krok i spojrzałam pytająco. Jednak gdy tylko napotkałam jego jakże magnetyczny wzrok wszystkie złe emocje ulotniły się ze mnie. Czułam już tylko szczęście. Złapałam go za dłonie i przycisnęłam je do mojej klatki piersiowej.
-Nigdy więcej mnie nie zostawiaj, głupku-Wyszeptałam-Wiesz co ja przeżywałam? Nie chcę długich i męczących treningów z Rexem czy romantycznych i niezręcznych chwil z Willem. O wiele bardziej wolę twoje towarzystwo.
Po wysłuchaniu moich słów wyswobodził swoje ręce i odsunął się ode mnie o krok, co wprawiło mnie w nie lada zakłopotanie i irytację. Jest nieprzytomny przez dwa miesiące, a gdy się budzi totalnie nie zwraca na mnie uwagi? O nie, nie, nie. Ze mną się tak nie postępuję. Pedro nerwowo przeskoczył z nogi na nogę i obdarzył mnie delikatnym, niezręcznym uśmiechem.
-Przykro mi, ale…-Nie zdążył dokończyć, gdyż przerwał mu jeden z lekarzy:
-Nic nie pamięta Ma chwilową amnezję.
Zatkało mnie. Kompletnie zapomniałam, że mogło to nastąpić. Byłam zbyt przejęta ciążą i swoimi problemami, że myśleć o jego stanie zdrowia. Już miała zalać mnie fala gniewu, kiedy zrozumiałam, że może dobrze się stało. Będę mogła naciągnąć kilka faktów na swoją korzyść i już nawet wiem jakich.
-A… Czy on sobie kiedyś przypomni?-Zapytałam z nadzieją w głosie.
Właściwie nie wiem na co liczyłam z jednej strony chciałam, żeby odczuwał wszystkie emocje, które nas połączyły, ale z drugiej… może, gdyby na stałe zapomniał udało by mi się mu nawet wmówić, że to jego dziecko. Tak z takiego obrotu sprawy byłabym zadowolona. Nie musiałabym się go pozbywać. Nie zmieniałoby to faktu, że nie chcę być matką, ale mogłabym się jeszcze przynajmniej porządnie zastanowić.
-Prawdopodobnie tak, ale nie jesteśmy w stanie stwierdzić kiedy- Wyrwał mnie z zamyślenia głos starszego mężczyzny w fartuchu.
„Prawdopodobnie”-Czyli jest jakaś szansa, że sobie nie przypomni. Zawsze coś, chociaż raz postaram się myśleć optymistycznie. Muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. No bo jakiego trzeba mieć pecha, żeby obudził się właśnie podczas mojego zabiegu? Aż ciężko uwierzyć, że komuś takiemu jak ja tak poprzestawiało się życie. O ile moją sytuację można nazwać życiem, no bo przecież żyją tylko żywi, a ja jestem… no wiadomo: martwa.


Przez najbliższe pięć dni Pedro pozostał jeszcze w sali szpitalnej. To właśnie teraz przyszłam, żeby odprowadzić go do jego pokoju. Swoją drogą byłam bardzo ciekawa jak wygląda. Jeszcze nigdy tam nie byłam. Nawet nie wiedziałam, który to. W czasie pierwszych dni po przebudzeniu ponownie się do siebie zbliżyliśmy. Zostaliśmy przyjaciółmi. Cóż, liczyłam na więcej, ale wszystko w  swoim czasie. Zdążyłam mu opowiedzieć, jaka łączyła nas relacja. Przyjął to bardzo dobrze, nawet ucieszył się, że udało mu się związać  z kimś tak atrakcyjnym. Niepokoiła go jedynie różnica wieku. Dość znacząca, nie ukrywajmy. Nie dość, że z wyglądy był starszy o osiem lat, to jeszcze urodził się kilkadziesiąt przede mną. Jednak udało mi się go przekonać, że jestem bardzo dojrzała i to nam nie przeszkadzało. To prawda: podkoloryzowałam trochę nasz związek. Z moich opowieści wynikało, że był idealny. Otwarty, szczery i namiętny, innymi słowy taki o jakim marzyłam. Nie rozmawialiśmy tylko o jednym: dziecku. I to dzisiaj miałam zamiar o wszystko mu wyjaśnić. Will chciał to zrobić wcześniej, ale go powstrzymałam. Wiedziałam, że ja chcę to zrobić, ale najpierw muszę się przygotować. No i miałam już dość chodzenia w za dużych na mnie koszulkach i ukrywania brzucha.
-Wziąłeś wszystkie swoje rzeczy?- Zapytałam, kiedy mieliśmy wychodzić na korytarz.
-Tak, wydaje mi się, że tak. Najwyżej się wrócę- Odpowiedział rozglądając się po pokoju.
-Dobra-Powiedziałam i opuściłam pomieszczenie. Zaraz za mną Pedro, który jeszcze cofnął się po dużą, grafitową walizkę ze swoimi ubraniami.
Okazało się, że mieszka on w pokoju sto sześć na drugim piętrze. Gdy weszłam do środka, aż zaniemówiłam. Ściany były pokryte ciemno czerwoną, uwodzicielską farbą. Na środku stało duże, ciemno brązowe, dwuosobowe łóżko. Niedaleko ogromna oszklona szafa i duże biurko. Na ścianie wisiał wielki, plazmowy telewizor, przed którym znajdował się duży, skórzany fotel i mały stolik. Drzwi do łazienki było otwarte, więc mogłam dostrzec marmurową, wygodną wannę i prysznic. Obok podwójny zlew i duże, wiszące lustro. Całość idealnie kontrastowała z czarnymi kafelkami i ciemnymi panelami. Przyznam, że trochę się zirytowałam. To ja się cisnę w małej klitce, a taki sobie Pedro nie z żadnej bogatej czy szanowanej rodziny (jak przypuszczam) w wielkim ozdobnym pokoju, w pomieszczeniu niewiele mniejszym od mojego poprzedniego. W wyższych sferach takie zaniedbanie  byłoby nie do pomyślenia.
Usiadłam wygodnie na fotelu i zwróciłam w stronę chłopaka, który właśnie wkładał walizkę do szafy.
-Muszę ci o czymś powiedzieć- Zaczęłam niepewnie.
Pedro przerwał swoje zajęcie i zaczął się do mnie zbliżać. Podszedł i klęknął tuż przy mnie tak, że teraz nasze czoła były mniej więcej na tej samej wysokości. Złapał mnie za rękę.
-Poczekaj. Za nim zaczniesz chciałem ci bardzo podziękować za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Obdarzyłaś mnie ogromnym uczuciem i nawet teraz nie zostawiłaś, lecz wszystko wyjaśniłaś. Jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym  nie dziwię się, że wtedy się w tobie zakochałem. Mam nadzieję, że już niedługo wszystko sobie przypomnę i znów będziemy razem.
Zarumieniłam się. Było to dla mnie bardzo miłe i pewnie, gdyby nie fakt, że nie jest teraz sobą tylko wyidealizowanym przeze mnie mężczyzną rozpłynęłabym się. Poczułam mocne ukłucie w sercu spowodowane żalem, że muszę popsuć tę chwilę i pewnie całą naszą przyszłość.
-O, to bardzo miłe…Cieszę się-Zdołałam wydusić.
Ucałował moją dłoń.
-A teraz ty. Co chciałaś mi powiedzieć?- Uśmiechnął się.
Czemu nie mógł być taki już zawsze? A no tak. Może dlatego, że po pierwsze: To nie on, tylko jego przeciwieństwo, a po drugie: zaraz mnie znienawidzi.
-Bo wiesz… ja, ja jestem… no, jakby to…- Próbowałam z siebie wydusić, ale nie potrafiłam.
-Powiedz mi o co chodzi-Powiedział spokojnie, ale stanowczo. Wyczułam w tym nutkę zniecierpliwienia, dlatego postanowiłam mieć to już z głowy i powiedzieć bez owijania w bawełnę.
-Jestem w ciąży!-Wypaliłam i po moim policzku spłynęła łza.
Poczułam ciepłą dłoń, która ją wytarła.
-To… To świetna wiadomość-Powiedział ze sztucznym entuzjazmem.
-Co?-Zapytałam z niedowierzaniem.
-Będziemy mieli dziecko, cieszę się. Bo to ja jestem ojcem-Delikatnie złapał za mój podbródek i uniósł go tak, że nasze spojrzenia się spotkały-Prawda?
Nie mogłam zaprzeczyć pod wpływem tych jakże ciemnych, prawie czarnych tęczówek. Nie mogłam oprzeć się temu, jakże pełnemu pożądania spojrzeniu.
-Yyy… Tak, oczywiście- Uśmiechnęłam się sztywnie.
Głupia, głupia Melisa! Byłaś o krok od powiedzenia mu prawdy i wplątałaś się w najgorsze kłamstwo jakie tylko mogłaś. On się na pewno dowie. Nawet jeśli nie powie mu Will, nawet jeśli nigdy sobie nie przypomni to prędzej czy później może zauważyć, że dziecko go w ogóle nie przypomina . Pedro i ja mamy ciemne włosy, a Wil jest blondynem o jasnych, niebieskich oczach. Jeśli nasz potomek odziedziczy jego geny… będzie po mnie. Hej! A gdzie mój optymizm? Myślę pozytywnie. A może po prostu znienawidzi mnie w małym, nieznacznym stopniu, o którym zaraz zapomni, kiedy pokaże mu jaką jestem świetną kochanką? A może zrozumie, że byłam pijana i będzie chciał tego dziecka? Oh, kogo ja oszukuję?! Jestem skończona. Zniszczyłam wszelkie uczucia jakimi mnie darzy. To już koniec.


Następnego ranka poszłam z wizytą o doktora Felixa. Musiałam się dowiedzieć co dalej z aborcją. Może udałoby mi się z jego pomocą i Michaela oszukać wszystkich, że poroniłam. Will ponownie wyjechałby do Francja, a ja i Pedro żyli długo i szczęśliwie (w pewnym sensie), a gdyby sobie przypomniał i zapytał o co chodziło z tą ciążą zaczęłabym się śmiać i powiedziała, że to żart. Zirytowałby się, ale nic poza tym. Tak, jestem już pewna. Całym problemem jest dziecko, nienawidzę go. Zdaję sobie sprawę, że zrzucam całą moją winę na niego, ale trudno. Nic nie poradzę na to, że go nie chce. Nie mogę się zmusić do miłości.
Otworzyłam drzwi i weszłam do gabinetu lekarza. Był akurat w trakcie rozmowy telefonicznej. Podeszłam i zabrałam mu komórkę.
-Co ty robisz?!-Krzyknął i wyrwał mi ją, ale rozmówca po drugiej stronie już się rozłączył.
Zdenerwowany rozmasował skronie i usiadł za biurkiem.
-Słucham, więc co jest tak ważnego, że właśnie przerwałaś moją rozmowę z najwybitniejszym laboratorium w Ameryce.
Uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na oparciu kanapy przy ścianie.
-Chciałam wiedzieć co z moją operacją. Została przerwana w trakcie, a ty przez tydzień się słowem nie odezwałeś o powtórce.
Spojrzał na mnie zdziwiony i zmarszczył brwi.
-Jakiej powtórce? Okazja, w której akurat nikt nie pilnuje dyżuru zdarza się raz na milion. Michael właśnie wyjechał na Karaiby, a ja nie pełnie takich obowiązków. Musielibyśmy jeszcze kogoś w to wmieszać, a jak przypuszczam nie znasz nikogo tak zaufanego.
-No nie- burknęłam i wbiłam wzrok w podłogę.
Powoli zacisnęłam pięści i wzięłam głęboki oddech.” Spokojnie Meliso. Złość piękności szkodzi.”-Powtarzałam sobie w takich chwilach. Tylko powoli przestawało mi to już pomagać.
-Więc jak widzisz-Kontynuował-Jestem bezradny. Twoje wizyty tutaj są bezcelowe, gdyż jak na razie mamy związane ręce, oboje. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Przewróciłam oczami na ostatnie zdanie. Nie znosiłam, gdy ktoś tak mówił. Nigdy nie potrafiłam czekać i wszystko dostawałam tylko, gdy o tym pomyślałam. Jak ja sobie poradzę?
-Kiedy nadarzy się następna okazja?-Zapytałam w końcu.
Mężczyzna słysząc to zaczął przeglądać pojedyncze kartki leżące na biurku.
-Nie mam pojęcia. Może za dwa miesiące, trzy.
Ześlizgnęłam się na podłogę. Przycisnęłam kolana do brzucha i zacisnęłam mocno powieki. Nie mogłam płakać, nie teraz, nie przy nim. ”Jestem silna, dam radę”- Powtarzałam.
-Nie dam!-Krzyknęłam głośno i wybuchłam gromkim płaczem.
Vinterdows nawet nie zwrócił na to uwagi. Zaczął spisywać jakieś notatki. Nie czekając długo wstałam i wybiegłam na korytarz. Nie wiedziałam dokąd pójść. Nie chciałam teraz siedzieć sama. Zatrzymałam się. Wpadła mi do głowy myśl. Potrzebowałam ciepła, męskiego ciepła. Rex odpadał od razu był oschły, gruboskórny, nieprzyjemny i wredny. Nie znosiłam go. Zostali więc Pedro i Will. Zdążyłam się już zorientować gdzie każdy z nich ma pokój. Obydwoje na drugim piętrze, ale na różnych końcach.
Pojechałam tam windą i zatrzymałam się na środku. Wymijało mnie mnóstwo ludzi, a ja stałam jak wryta. Oczywiście wolałam Pedro, ale nie był teraz sobą. Zapewne zacząłby się dopytywać o co chodzi. Czy ktoś zrobił mi krzywdę, a tego nie chciałam musiałabym się zagłębiać w kłamstwach. A Willa mało obchodziło co czuje. Patrzył tylko jak zaciągnąć mnie do łóżka. I właśnie taki ktoś był mi teraz potrzebny. Skręciłam w lewo i ruszyłam. Zatrzymałam się przed pokojem dwieście siedem. To właśnie tu miałam zamiar przyjść. Zastanawiałam się chwilę, ale pomyślałam: „Co mi tam?” i weszłam do środka.
Pomieszczenie niczym się nie wyróżniało. Wyglądało zupełnie jak moje. Na łóżko właśnie leżał Will i robił coś na laptopie. Widząc mnie odłożył go i wstał.
-Mel? Wszystko w porządku?- Zapytał zdziwiony, a ja bez namysłu podbiegłam i przytuliłam się do niego. Wyglądał dzisiaj bardzo przystojnie. Założył dość obcisły t-shirt podkreślający jego sześciopak, jeansy i trampki (chyba nie muszę wspominać, że czarne). Zalała mnie fala ciepła, gdy odwzajemnił uścisk. Przycisnął mnie do siebie mocno i pewnie. Czułam, że się uśmiecha. Było mi przyjemnie. Sięgałam mu zaledwie kilka centymetrów ponad ramie. Czułam się przez chwilę taka stabilna i opanowana. Złożył delikatny pocałunek na moim czole i odsunął mnie lekko od siebie.
-Chcesz mi opowiedzieć co się stało?-Zapytał.
Usiadłam na łóżku i oparłam się na łokciach.
-Nie.
Podszedł i zrobił to samo. Zwrócił mój podbródek w swoją stronę. Teraz gdy patrzyłam w te piękne, jasne i głębokie oczy nie byłam już taka pewna czy Pedro jest tym jedynym. Przestań Melisa! Nie myśl tak. Wiesz jakim Will jest typem. To zwykły podrywacz, który zaraz cię zostawi. Poza tym jesteś nim tylko zauroczona. Mam nadzieje.
-Możesz mi zaufać. W końcu niedługo będziemy  rodziną. Postaram się zrozumieć i…- Zaczął spokojnie.
-Naprawdę chce ci się to mówić?- Przerwałam mu i odsunęłam jego rękę od mojej twarzy.
Uśmiechnął się szarmancko.
-Nie. Wiesz co bym wolał.
Kiwnęłam głową.
 Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, złapał dłońmi moje policzki i…pocałował mnie. W chwili, gdy nasze usta się połączyły nie myślałam racjonalnie i pogłębiłam ten głupi flirt. Była to długa i namiętna chwila, aż gdy zaczęło mi brakować powietrza otrząsnęłam się i odepchnęłam go.
-Nie, nie, nie, nie, nie… ja nie mogę- Złapałam się za głowę i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju.

-Ej, spokojnie- Podszedł do mnie i złapał za nadgarstki-A może tak właśnie będzie lepiej?

środa, 15 lipca 2015

Rozdział 14

W obliczu nieszczęścia

Następnego ranka obudził mnie ból brzucha. Pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam chyba jedzenie z całego tygodnia. Świetnie! Nie dość, że dam temu dzieciakowi życie to jeszcze muszę dla niego tak poświęcać. Nie jestem teraz w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo nie chciałam urodzić. Ale powiedzmy sobie szczerze: Widzi mnie ktoś w roli matki? Od zawsze powtarzano mi, że myślę tylko o sobie. Zawsze uważałam, że aby dojść do sukcesu trzeba mieć na uwadze wyłącznie swoją osobę. Dlatego też nie miałam zbyt dużo przyjaciół. Zawsze uważałam, że to zbędny balast.
Zniesmaczona ponownie wróciłam do łóżka. Nie zdążyłam, jednak dobrze zasnąć, a już usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Leniwie otworzyłam jedno oko i zobaczyłam Rexa. Stał przede mną ubrany w czarny t-shirt i luźne spodnie moro.
-Szykuj się!- Krzyknął, kiedy zobaczył, że nie śpię.
-Po co?-Wymamrotałam i przewróciłam się na drugi bok.
-Idziemy na trening!- Głośno klasnął w dłonie.
Mocno mnie to rozbudziło. Zdenerwowana podniosłam się i usiadłam na łóżku przodem do niego.
-Jestem w ciąży, idioto-Powiedziałam zirytowana i przewróciłam oczami.
Uśmiechnął się złośliwie.
-Spokojnie, będziemy robić ćwiczenia ciążowe.
Co? W tym momencie cisnęło mi się na usta jedno zdanie, ale uznałam, że lepiej go nie ujawniać, bo nie przystoi kobiecie z wyższych sfer.
Niechętnie przebrałam się w odpowiedni strój i doczołgałam za nim do sali. Ta na szczęście była pusta. Nie chciałam by ktokolwiek zobaczył co tam robiliśmy. Na początek musiałam położyć się bokiem na gumowej piłce i podnosić na zmianę rękę i nogę. Niestety można było się domyślić, że ćwiczenia z kimś takim jak Rex nie będą wyglądały jak babciny aerobik. Przez dziesięć minut musiałam utrzymać się w danej pozycji. Myślałam, że mi kończyny odpadną. Później tak jakby udawałam, że siedzę na niewidzialnym krześle, oparta o ścianę przez piętnaście minut. Te zajęcia były bardziej męczące od tych, kiedy jeszcze nie wiedziano, że będę miała dziecko. Następnie tutaj bez większych zmian zrobiłam po sto przysiadów, pompek i brzuszków. Byłam wykończona po trzech godzinach i, kiedy mój trener powiedział, że rozgrzewka już za nami, a teraz zaczniemy prawdziwe ćwiczenia nie wytrzymałam. Wykrzyczałam wszystko co siedziało mi w głowie.
-Odwal się! Czy tak trudno wbić sobie do głowy, że nie mam już siły? Nie uwierzę, że jesteś aż tak tępy, aby nie zauważyć mojego wyczerpania. Wiesz, że to wszystko ponad moje siły, ale mimo to coraz wyżej podnosisz poprzeczkę. Jesteś pieprzonym sadystą!
Kiedy podszedł do mnie i złapał za nadgarstki eksplodowałam. Jakim prawem on jeszcze mnie dotykał?! Chciałam trzymać się od niego jak najdalej. Z całej siły zaczęłam walić w jego klatkę piersiową. Chciałam , żeby się odsunął, odszedł. Na próżno, stał jak wryty. Ani drgnął. Przybita z bezsilności opadłam na kolana i zakryłam twarz dłońmi. Miałam nadzieję, że widząc to pójdzie sobie, ale nadzieję zniszczył jego głos.
-Skończyłaś?- Zapytał.
Nie odpowiedziałam, nawet na niego nie spojrzałam. Widząc to złapał mnie za ramiona i sprowadził do pionu.
-Wracamy do ćwiczeń- Dodał, a wtedy po prostu wybiegłam. Łzy zaczęły płynąć mi strumieniami. Nie chciałam tego wszystkiego, nie chciałam takiego życia. Codziennie dręczyły mnie myśli, jak wiele straciłam przez własną głupotę, a teraz podbuzowana zmiennymi nastrojami ciąży byłam po prostu wrakiem. Dawna szalona, towarzyska, najpopularniejsza w szkole dziewczyna zamieniła się w potwora. Nie mówię tutaj o przemianie w zombie, tyko mojej psychice. Była wyniszczona. Teraz zdałam sobie sprawę, że zawsze wydawało mi się iż jestem dorosła, ale to nie prawda. Według dowodu owszem, ale według charakteru, osobowości wcale. Nagle z beztroskiego życia bogatej, rozpieszczonej snobki przysłoniła mnie mgła problemów. I to nie błahych, jak we wszystkich telenowelach tylko niepojętych. Niepojętych dla większości świata.
Biegłam teraz korytarzem z głową wbitą w podłogę, kiedy poczułam, że w coś uderzyłam. Nie w ścianę czy drzwi, wpadłam na chłopaka.
-Uważaj jak chodzisz-Warknęłam.
Spojrzałam w górę by ujrzeć twarz zatrzymującej mnie osoby i ujrzałam wysokiego blondyna o pięknym spojrzeniu i szerokim, czarującym uśmiechu. Wbrew pozorom na mojej twarzy nie pojawiło się zachwycenie tyko obrzydzenie.
-Will!- Krzyknęłam, kiedy zrozumiałam kogo właśnie spotkałam.
Tak, przede mną stał Will we własnej osobie. Jak? Czemu? Czemu mam takiego pecha? Gorzej być chyba nie może. Wspaniały mężczyzna, z którym chcę być jest odizolowany od świata, ale za to dwóch kretynów na, których nie mogę patrzeć stoi przede mną otworem i jeszcze to nieślubne dziecko… Nic tylko skoczyć z mostu, no tak. Tego też nie mogę zrobić, bo przecież jestem zombie!
- O! Siema Mel!- Powiedział i lekko klepnął mnie w ramie- Jak tam? Dalej się spotykasz ze swoim wybawcą?
No tego było już za wiele! To w tym momencie złamałam wszelkie obowiązujące mnie zasady. Zacisnęłam prawą rękę w pięść i z całej siły uderzyłam go w policzek. Błyskawicznie przeszła mnie fal bólu. Złapałam się za dłoń i zacisnęłam zęby. Wydał się rozbawiony.
-Oj, Mel, Mel… Nadal jesteś zła za tamtą noc?- Spojrzał na mnie z ukosa i złapał za obolałą rękę. Zaczął ją rozmasowywać, ale szybko się wyrwałam.
-Właściwie to już bym zapomniała, gdyby nie jeden mały problem…
-Co?-Zapytał zdziwiony.
-Dziecko, dupku, dziecko!- Ponownie krzyknęłam.
Z jego ust wydobyła się długa wiąska przekleństw. Przyznam, że niektóre dopiero poznałam.
-Jak?- Nerwowo przeczesał włosy palcami.
-Mam ci wytłumaczyć jak się robi dzieci?-Parsknęłam ironicznie.
-Przestań. To nie pora na złośliwości- Zaczął tupać czubkiem buta.
-Doprawdy? Wykorzystałeś mnie, bo byłam pijana i nawet nie byłeś w stanie się zabezpieczyć! Sądzę, że jakaś rekompensata mi się należy i nie myśl, że na docinkach się zakończy. To nie ty musisz się kłuć co cztery godziny nawet w środku nocy! I jeszcze puchnąć jak balon!- Ponownie zalałam się łzami.
Will podszedł do mnie i objął tymi swoimi, dużymi umięśnionymi ramionami. Wtuliłam się w jego tors.
-Byłem tak samo pijany, więc nie tylko ja jestem winien- Wyszeptał.
Słysząc to momentalnie go odepchnęłam.
-Musiałeś zepsuć taką chwilę! Mamy mieć razem dziecko, a ty się nawet nie starasz, żebym cię tolerowała.
-Oj, to nie tak. Nie chcę się sprzeczać, tylko  próbuję ci uświadomić, że nie możesz mnie za wszystko obwiniać.
W sumie miał trochę racji. Ja tak samo jak on mogłam temu zapobiec.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam.
Chłopak podszedł do mnie bliżej, złapał za podbródek i podniósł go wyżej, żebym mogła spojrzeć mu w oczy.
-A może skoro będziemy rodziną to… spróbujemy jeszcze raz?- To powiedziawszy musnął lekko moje usta swoimi.
I wtedy po prostu oszalałam. Nie wiedziałam co robić. Chciałam być z Pedro, uwielbiałam go, ale Will również był cudowny. Może trochę mniej, ale był przynajmniej dostępny. Mogłam go mieć tu i teraz, a Pedro… nawet jak, jeśli (sama już nie wiem) się obudzi to co dalej? Naprawdę mam się łudzić, że będzie chciał wychowywać ze mną dziecko swojego wroga? Chciałam z nim być, bardzo, ale chyba było to nie możliwe.
-Will-Powiedziałam-Muszę to wszystko przemyśleć.
Odwróciłam się i pobiegłam do swojego pokoju.
Kilka godzin zastanawiałam się co zrobić i oczywiście nic, kompletna pustka. Z nimi było tak, że jedno chciałam drugie mogłam. No, proszę! Czy nie można mi ułatwić życia chociaż w tak drobnym szczególe? Boże, jeśli tam jesteś pomóż!
 Zła i rozgoryczona wyszła z pokoju, szłam długim korytarzem, jechałam windą, aż stanęłam przed dużymi, oszklonymi drzwiami. Przez, które doskonale można było dostrzec nieprzytomnego Pedro, przypiętego do kroplówki i innych urządzeń.
Cicho otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przystawiłam krzesło tuż obok niego i usiadłam. Zdałam sobie sprawę, że przez ten cały czas jeszcze go nie odwiedziłam. Byłam zbyt zajęta swoimi sprawami. Złapałam go za rękę i odgarnęłam niesfornie spadająco grzywkę. Wyglądał tak uroczo. Był emocjonalnie ‘’nagi’’, bez żadnej maski. Nie udawał twardziela czy bohatera, był po prostu sobą.
-Nawet nie wiesz, jak żałuję-Szepnęłam.
Teraz, kiedy widziałam co straciłam czułam się jeszcze gorzej. Tym razem nie odebrano mi pieniędzy czy popularności tylko w pewnym sensie bezpieczeństwo i minimalną resztkę stabilizacji. Przy nim czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że zawsze by mnie obronił. Lekko go pocałowałam i wyszłam. Nie mogłam sobie pozwolić na utratę Pedro, nie mogłam! Całym problemem był ten dzieciak, gdyby nie on wszystko by się ułożyło. Musi być jakiś sposób, żeby się go pozbyć nie robiąc sobie krzywdy. Przecież nie chcę, żeby mnie rozerwał od środka.
Popatrzałam na drzwi na wprost i mnie olśniło. Pośpiesznie weszłam do gabinetu pielęgniarek. Tam oczywiście pogrążeni w namiętnych pocałunkach byli młoda pielęgniarka i podstarzały lekarz. Po raz kolejny mnie nie zauważyli. Spojrzałam na stolik obok mnie. Leżał na nim telefon. Szkoda, że nie miałam swojego. Nie starczyło mi jeszcze pieniędzy. Musiałam poczekać. Złapałam go i zrobiłam kochanką kilka zdjęć.
-Co ty robisz?!- Krzyknął mężczyzna.
Szybko schowałam telefon do kieszeni i powiedziałam:
-Mam propozycję…
To słysząc zapiął koszulę i założył krawat.
-Wyjdź-Zwrócił się do dziewczyny.
 Kiedy zostaliśmy sami zaczął rozmasowywać kark.
-Czego chcesz?
Uśmiechnęłam się szyderczo.
-Za zdjęcie? Chyba nie chcesz, żeby ktoś je zobaczył. Masz żonę, dzieci?- Wygodnie usiadłam na krześle i położyłam nogi na jego biurku.
Zacisnął pięści.
-Nie twoja sprawa, czego chcesz?- Wycedził przez zęby.
Pokiwałam palcem, żeby się przybliżył i szepnęłam mu do ucha:
-Aborcji
Odsunął się
-Ja, ja nie umiem. To nie moja specjalizacja.
-Więc znajdź kogoś kto potrafi-Wzruszyłam ramionami.
-Hmm…Jedynie doktor Vinterdows- Zaczął grzebać w papierach-Tak, on bez wątpienia da radę.
-Vinterdows, Vinterdows… Kojarzę to nazwisko.- Zamyśliłam się.
-Na pewno. Badał panią po przemianie.
I teraz sobie przypomniałam! To ten szalony doktorek, który zadawał mi tyle bólu. Nie, nie mogłam poddać się operacji u niego. Bałam się go.
-Wykluczone!-Krzyknęłam-To wariat!
-Ciszej, ktoś usłyszy-Przyłożył palec do ust-Albo on, albo nikt.
Serio? Muszę wybierać mniejsze zło? Czemu nigdy nie może być jedna opcja idealna lub chociaż dobra? Cóż, życie. Chyba będę musiała pójść do tego nienormalnego kolesia i pozwolić rozszyć brzuch podczas, gdy będę nie przytomna. Na samą myśl mi niedobrze, ale kiedy pomyślę sobie o szalonej przyszłości z Pedro i nudnej, zapaćkanej pieluchami z Willem odpowiedź sama nasuwa mi się na usta.
-Zgoda
Lekarz kiwnął głową
-Tylko jak ja go do tego namówię?
-To już nie mój problem- Wstałam i wyjrzałam przez okno. W oddali widać było jedynie wielki mór.
Zdenerwowany również wstał i podszedł do mnie.
-Daj mi miesiąc- Powiedział cicho.
-Nie. Masz tydzień-Oznajmiłam stanowczo
Złapał mnie za pośladek. Podskoczyłam. Już miałam ochotę krzyknąć na całe gardło, ale zdałam sobie sprawę, że nie chodziło mu o mnie lecz o telefon, który znajdował się dokładnie tam, w tylnej kieszeni.
Zdjęłam jego rękę i uśmiechnęłam się.
-Zatrzymam go.
Przewrócił oczami na znak irytacji. Przyznam, że odczuwałam satysfakcję, kiedy widziałam jaką miałam nad nim władzę. Ah, ten mój charakterek.
Wychodząc wzięłam również ładowarkę z biurka.

-Dobranoc-Powiedziałam i opuściłam pomieszczenie.