Czasami pozostaje tylko ucieczka
W środku nocy obudziło mnie mocne szarpnięcie za ramiona.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam Pedro. Nachylał się nade mną. W pół mroku wyglądał
naprawdę pociągająco. Szkoda, że nie można było tego powiedzieć o mnie.
Spojrzałam na zegarek była 3.15. Nie mogłam przewidzieć, że złoży mi
niezapowiedzianą wizytę. Wyglądałam zapewne jak czupiradło. Odruchowo dotknęłam
moich włosów. Sterczały mi na głowie. Miałam zamiar sięgnąć po grzebień, ale
mój gość powiedział:
- Musimy iść.
Wyszarpnął mnie z łóżka i zaciągnął w stronę
drzwi.
- Nie. Nie będę się dla twojego widzimisię
zrywała w środku nocy. Ja tu zostaję.- Zatrzymałam się i nie zamierzałam
ruszyć. Denerwował mnie. To, że był zabójczo przystojny nie upoważniało go do
pomiatania mną.
- Nie mamy czasu…- Wycedził przez zęby.
Widząc, że jestem nieugięta podszedł do mnie
i wziął na ręce. Starałam się nie pokazywać, jak wielką sprawiało mi to
przyjemność, ale traciłam już nad sobą kontrolę. Jego bliskość doprowadzała
mnie do szaleństwa. Na szczęście po moich rodzicach odziedziczyłam zdolność nie
okazywania uczuć.
Pedro wybiegł z pokoju. Wydawało się, że nie
byłam dla niego żadnym ciężarem. Biegł naprawdę szybko. W całym budynku nie
spotkaliśmy ani jednej osoby.
Byłam oszołomiona. Nie stawiałam oporu.
Próbowałam rozgryźć co dokładnie się stało. Kiedy opuściliśmy kolonie kazał mi
wejść do czarnego jeepa. Usiadłam na przednim miejscu pasażera. On sam podjął
rolę kierowcy. Nacisnął pedał gazu i ruszyliśmy z błyskawiczną, zapewne
niedozwoloną prędkością. Kiedy wjechaliśmy na grubą jezdnię, na której
mijaliśmy się z innymi samochodami trochę się rozluźnił i włączył radio. Ze
wszystkich głośników poleciał głośny rock. Wyłączyłam tą okropną piosenkę i
zapytałam:
- Powiesz mi w końcu co się stało?
Westchnął.
- Przyszli po nas.
- Kto?
- Śmiercionosiciele.
Nie
mogłam uwierzyć własnych uszom. Byłam tu kilka dni, a już zagrażało mi
śmiertelne niebezpieczeństwo. Bałam się. Pamiętałam, że są dwa sposobu, którymi
można mnie uśmiercić: poprzez przebicie serca złotym sztyletem lub odcięcie
głowy i spalenie ciała. Nie mogłam do tego dopuścić.
- A gdzie są wszyscy?
Spojrzał na mnie. Poczułam silne
przyciąganie. On chyba też, bo pośpiesznie odwrócił wzrok.
- Już dawno pojechali.
- Czemu nie pojechaliśmy z nimi?-
Dopytywałam się.
-Kiedy zadzwonił alarm wszyscy spotkali się
na zewnątrz i po kolei ewakuowali się busami. Ty zostałaś w budynku. Musiałaś
mocno spać.
Tak to prawda. Miałam wyjątkowo mocny sen.
Pamiętam, że raz moi rodzice zatrudnili ekipę, która zmieniała nam dach i
wszyscy wyszli na ogród, a ja nieświadoma całej sytuacji byłam pogrążona w
głębokim śnie.
Dopiero Ada mnie obudziła i wyprowadziła z
placu budowy. Nigdy jej za to nie podziękowałam, w końcu jej obowiązkiem było
zajmować się mną. Teraz jednak zaczynałam mieć wątpliwości czy nie byłam dla
niej zbyt wredna, w końcu była gosposią, nie nianią, ale miałam większe
zmartwienia na głowie i wypierałam tę myśl.
- Nadal nie rozumiem dlaczego ty tu jesteś.
- Zobaczyłem, że cię nie ma i postanowiłem
cię poszukać.- Powiedział to bardzo cicho, niemal niesłyszalnie. To urocze jak
bardzo nie chciał być uważany za bohatera. Uszanowałam tę skromność i nie
udzieliłam żadnego zgryźliwego komentarza.
Po pół godzinnej drodze, która przeminęła w
milczeniu zapytałam:
- Gdzie jedziemy?
- Do Paryża.
W Jego głosie nie było nawet nutki
romantyzmu, zmiany tonu. Nic, zupełnie jakby nie wiedział, że Paryż to miasto
zakochanych. Wydawało mi się, jakby też coś do mnie czuł. Nie dopuszczałam do
siebie jakiejkolwiek opcji, że mogę się mylić. Zawsze miałam rację, więc i tym
razem musiało tak być.
- Dlaczego właśnie tam?- Zapytałam, ponieważ
byłam ciekawa jaką uraczy mnie odpowiedzią.
- Tam jest strefa jedenaście. Opatrzą
rannych i przenocują nas przez kilka tygodni. Później po upewnieniu się, że
dwunastka jest bezpieczna wrócimy.
Dopiero teraz, kiedy wszystko się wyjaśniło
spojrzałam w lusterko samochodowe. Miałam zamiar poprawić sobie humor i
zobaczyć jak pięknie wyglądam. Niestety zdałam sobie sprawę, że nadal byłam w
piżamie. Nie zdążyłam nawet ułożyć włosów. Krzyknęłam
- Ci się stało?- Zapytał Pedro.
- Zatrzymaj się!
- Czemu?- Spojrzał na mnie.
- Zatrzymaj!
- Nie mogę. Spóźnimy się na samolot.
Przypomniałam sobie sytuację z Aleksem,
która miała miejsce jeszcze przed przemianą. On się zatrzymał. Mimo mojej
arogancji posłuchał. Teraz wszystko było inne. Nikt nie traktował mnie jak mi
się to należało. Byłam i nadal jestem Melisą Rashwall bez względu na to czy
jestem człowiekiem, czy potworem. Należał mi się szacunek większy niż
pozostałym.
-Powiedz co się stało.- Spokojnie zwrócił
się do mnie towarzysz.
- Ślepy jesteś? Zerwałam się w środku nocy.
Nawet się nie przebrałam!
- Masz załóż to.- Sięgnął ręką po czarną
torbę z tylnego siedzenia.
W środku były legginsy i czarna bluza z
napisem: I love football. Niechętnie wzięłam ubranie do rąk. Na dnie znalazła
również czerwone trampki. Akurat w moim rozmiarze.
- Skąd to masz?
- Zestaw awaryjny. W bagażniku jest mój.
Kiedy dotarliśmy na lotnisko poszłam do
łazienki się przebrać, a Pedro w tym czasie kupił bilety. Włosy związałam w
ciasny kucyk, dzięki czemu nie było tak dosadnie widać w jakim są nieładzie.
Całe szczęście, że zawsze nosiłam na ręce gumkę.
Lot trwał trzy godziny. Siedzieliśmy obok
siebie. Zamienili ledwie kilka słów. Wyjaśnił mi dokładnie, że na miejscu nie
będziemy zwiedzać, ani chodzić po sklepach. Mamy się trzymać daleko od ludzi,
bo możemy zrobić im krzywdę. Przypomniał mi, że jesteśmy w połowie zombie.
Zabronił nawet opuszczać koloni.
Jednak nie rozumiałam jednej rzeczy.
- Dlaczego teraz jestem w pobliżu ludzi i
nie mam ochoty pożreć ich mózgów?- Zapytałam w końcu przerywając milczenie.
-
Hiniscytoza działa również na nasz głód. Dzięki niej żywimy się
normalnymi posiłkami.
- Więc dlaczego nie wolno mi się spotkać z
rodziną?
- Przy dłuższej bliższości czy nawet zwykłym
uścisku u nowo stworzonych przestaje działać. Wracają do swojej prawdziwej
postaci i są gotowe zniszczyć wszystko.
To było nielogiczne. Myślałam, że doktor,
który mnie torturował naprawdę jest geniuszem, a on nie potrafi nawet wymyślić
chwilowego antidotum działającego na wszystkich? Niedorzeczność, powinni
zatrudnić kogoś innego.
- Kiedy będę potrafiła się opanować?-
Spojrzałam z nadzieją, że mnie pocieszy i powie:
- Już niedługo! Poczekaj jeszcze kilka dni.
Tak, takiej odpowiedzi oczekiwałam. Niestety
uzyskałam tą:
- Różnie. Dziesięć, dwadzieścia lat. Bywa,
że dłużej.
Załamałam się. Czy ktoś tutaj mógł przekazać
mi dobrą wiadomość. Nie wystarczyło, iż stałam się potworem. Do tego musiała
jeszcze dojść ucieczka przed niebezpiecznymi istotami i długa rozłąka z moim
wygodnym życiem.
Z zamyślenia wyrwało mnie ukłucie.
Spojrzałam na rękę. Pedro dyskretnie wbił mi strzykawkę z Haniscytozą.
- Dzisiaj jeszcze nie brałaś.
- Wiem.
- Spojrzałam jeszcze raz w miejsce, z
którego leciała mi teraz krew. Od poprzednich dawek zrobiły mi się siniaki.
Wyglądałam jak narkomanka.
Tego było za dużo. Spanikowałam, straciłam
kontrolę nad własnym ciałem: zaczęłam dygotać, nerwowo ściskać fotel, zagryzać
wargę do gołego mięsa. O nie! Znowu
dostałam ataku. Już kiedyś tak miałam po wypadku Oli. Byłam wtedy całkowicie
bezradna. Tak jak teraz.
- Nic ci nie jest?- Towarzysz złapał mnie za
rękę.
Nie byłam w stanie nawet się z tego cieszyć.
Roznosiło mnie.
-
Nie. Pójdę do łazienki.
Wstałam z miejsca. Opanowałam zawroty głowy
i zamknęłam się w ciasnej toalecie. Szukałam czegoś ostrego, czegoś takiego jak
żyletka. Niestety nie znalazłam. Moje drgawki przybierały poziom wstrząsów.
Wiedziałam, że muszę się śpieszyć. Moja uwagę przykuło duże lustro z czarną
obwódką, które wisiało nad umywalką. Wzięłam rozmach i kopnęłam w nie z całej
siły. Pojawiła się duża rysa. Kopnęłam jeszcze raz, drugi, trzeci. Później
zaczęłam walić pięściami. Nie obchodziło mnie czy ktoś to słyszy. Chciałam
tylko uzyskać spokój. W końcu lustro rozsypało się w drobne kawałki. Wzięłam
największy z nich, podciągnęłam rękaw i z całej siły przeciągnęłam po skórze.
Potem znowu i znowu. Aż w końcu całe ręce miałam w krwi. Wyglądały jak po
wybuchu torpedy. Poczułam wyczekiwany spokój. Samookaleczenie dawało mi
równowagę. Czułam, że znowu powróciła moja pewność siebie. Przemyłam ręce i
zobaczyłam, że rany były głębsze niż kiedykolwiek wcześniej. Zrobiło mi się
słabo. Krew nie przestawała lecieć. Próbowałam ją zatamować, ale na próżno.
Znowu spanikowałam, nie wiedziałam co robić. Zapewne Pedro zaczął już się
zastanawiać co tu tak długo robię. Oparłam się o ścianę i zaczęłam płakać.
Pobrudziłam już całą podłogę. Coraz bardziej słabłam. Mocno przyciskałam
papier, ale on tylko cały przemakał i musiałam brać nowy. Nie dobrze. Bardzo
niedobrze. Moja panika pogłębiła się, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Melisa na pewno wszystko gra? Siedzisz tam
już pół godziny.
To był Pedro. Nie wytrzymałam. Drgawki
powróciły.
Znowu zaczęłam się ciąć, mocniej. Próbowałam
się opanować, ale to było silniejsze ode mnie.
- Melisa!
Nie odpowiadałam, nie miałam siły. Ledwo
utrzymywałam rękę w pionie i doprowadzałam do coraz silniejszego krwotoku.
Zauważyłam, że krew wylała się pod drzwiami. Nie obchodziło mnie to.
Kontynuowałam swoje.
- Melisa!
Moje oczy coraz bardziej się zamykały.
Kiwałam się, traciłam równowagę.
Pedro kopnął w drzwi, które poleciały prosto
na ziemię. Widząc mnie sięgnął do górnej szafki nad umywalką. Wyciągnął
apteczkę. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam? Musiałam być zbyt
rozkojarzona. Zaczął opatrywać mi ręce. Kiedy skończył usiadł koło mnie i
zasłonił twarz dłońmi. Podeszła do nas stewardesa i zaproponowała pomoc, ale
dyskretnie ją spławił.
- Trzeba będzie szyć.- Odezwał się w końcu.
Kiwnęłam głową. Nie miałam siły, żeby
protestować. Oparłam głowę o jego ramię (pozwolił mi na to) i zasnęłam. Było mi
dobrze. Ręce przestawały boleć, a co najważniejsze pierwszy raz miałam przy
sobie bliską osobę, która nie pomagała mi ze względu na pieniądze czy moją
popularność. Robiła to, bo jej na mnie zależało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz