niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 7

Czasami pozostaje tylko ucieczka
W środku nocy  obudziło mnie mocne szarpnięcie za ramiona. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Pedro. Nachylał się nade mną. W pół mroku wyglądał naprawdę pociągająco. Szkoda, że nie można było tego powiedzieć o mnie. Spojrzałam na zegarek była 3.15. Nie mogłam przewidzieć, że złoży mi niezapowiedzianą wizytę. Wyglądałam zapewne jak czupiradło. Odruchowo dotknęłam moich włosów. Sterczały mi na głowie. Miałam zamiar sięgnąć po grzebień, ale mój gość powiedział:
- Musimy iść.
Wyszarpnął mnie z łóżka i zaciągnął w stronę drzwi.
- Nie. Nie będę się dla twojego widzimisię zrywała w środku nocy. Ja tu zostaję.- Zatrzymałam się i nie zamierzałam ruszyć. Denerwował mnie. To, że był zabójczo przystojny nie upoważniało go do pomiatania mną.
- Nie mamy czasu…- Wycedził przez zęby.
Widząc, że jestem nieugięta podszedł do mnie i wziął na ręce. Starałam się nie pokazywać, jak wielką sprawiało mi to przyjemność, ale traciłam już nad sobą kontrolę. Jego bliskość doprowadzała mnie do szaleństwa. Na szczęście po moich rodzicach odziedziczyłam zdolność nie okazywania uczuć.
Pedro wybiegł z pokoju. Wydawało się, że nie byłam dla niego żadnym ciężarem. Biegł naprawdę szybko. W całym budynku nie spotkaliśmy ani jednej osoby.
Byłam oszołomiona. Nie stawiałam oporu. Próbowałam rozgryźć co dokładnie się stało. Kiedy opuściliśmy kolonie kazał mi wejść do czarnego jeepa. Usiadłam na przednim miejscu pasażera. On sam podjął rolę kierowcy. Nacisnął pedał gazu i ruszyliśmy z błyskawiczną, zapewne niedozwoloną prędkością. Kiedy wjechaliśmy na grubą jezdnię, na której mijaliśmy się z innymi samochodami trochę się rozluźnił i włączył radio. Ze wszystkich głośników poleciał głośny rock. Wyłączyłam tą okropną piosenkę i zapytałam:
- Powiesz mi w końcu co się stało?
Westchnął.
- Przyszli po nas.
- Kto?
- Śmiercionosiciele.
 Nie mogłam uwierzyć własnych uszom. Byłam tu kilka dni, a już zagrażało mi śmiertelne niebezpieczeństwo. Bałam się. Pamiętałam, że są dwa sposobu, którymi można mnie uśmiercić: poprzez przebicie serca złotym sztyletem lub odcięcie głowy i spalenie ciała. Nie mogłam do tego dopuścić.
- A gdzie są wszyscy?
Spojrzał na mnie. Poczułam silne przyciąganie. On chyba też, bo pośpiesznie odwrócił wzrok.
- Już dawno pojechali.
- Czemu nie pojechaliśmy z nimi?- Dopytywałam się.
-Kiedy zadzwonił alarm wszyscy spotkali się na zewnątrz i po kolei ewakuowali się busami. Ty zostałaś w budynku. Musiałaś mocno spać.

Tak to prawda. Miałam wyjątkowo mocny sen. Pamiętam, że raz moi rodzice zatrudnili ekipę, która zmieniała nam dach i wszyscy wyszli na ogród, a ja nieświadoma całej sytuacji byłam pogrążona w głębokim śnie.
Dopiero Ada mnie obudziła i wyprowadziła z placu budowy. Nigdy jej za to nie podziękowałam, w końcu jej obowiązkiem było zajmować się mną. Teraz jednak zaczynałam mieć wątpliwości czy nie byłam dla niej zbyt wredna, w końcu była gosposią, nie nianią, ale miałam większe zmartwienia na głowie i wypierałam tę myśl.
- Nadal nie rozumiem dlaczego ty tu jesteś.
- Zobaczyłem, że cię nie ma i postanowiłem cię poszukać.- Powiedział to bardzo cicho, niemal niesłyszalnie. To urocze jak bardzo nie chciał być uważany za bohatera. Uszanowałam tę skromność i nie udzieliłam żadnego zgryźliwego komentarza.
Po pół godzinnej drodze, która przeminęła w milczeniu zapytałam:
- Gdzie jedziemy?
- Do Paryża.
W Jego głosie nie było nawet nutki romantyzmu, zmiany tonu. Nic, zupełnie jakby nie wiedział, że Paryż to miasto zakochanych. Wydawało mi się, jakby też coś do mnie czuł. Nie dopuszczałam do siebie jakiejkolwiek opcji, że mogę się mylić. Zawsze miałam rację, więc i tym razem musiało tak być.
- Dlaczego właśnie tam?- Zapytałam, ponieważ byłam ciekawa jaką uraczy mnie odpowiedzią.
- Tam jest strefa jedenaście. Opatrzą rannych i przenocują nas przez kilka tygodni. Później po upewnieniu się, że dwunastka jest bezpieczna wrócimy.
Dopiero teraz, kiedy wszystko się wyjaśniło spojrzałam w lusterko samochodowe. Miałam zamiar poprawić sobie humor i zobaczyć jak pięknie wyglądam. Niestety zdałam sobie sprawę, że nadal byłam w piżamie. Nie zdążyłam nawet ułożyć włosów. Krzyknęłam
- Ci się stało?- Zapytał Pedro.
- Zatrzymaj się!
- Czemu?- Spojrzał na mnie.
- Zatrzymaj!
- Nie mogę. Spóźnimy się na samolot.
Przypomniałam sobie sytuację z Aleksem, która miała miejsce jeszcze przed przemianą. On się zatrzymał. Mimo mojej arogancji posłuchał. Teraz wszystko było inne. Nikt nie traktował mnie jak mi się to należało. Byłam i nadal jestem Melisą Rashwall bez względu na to czy jestem człowiekiem, czy potworem. Należał mi się szacunek większy niż pozostałym.
-Powiedz co się stało.- Spokojnie zwrócił się do mnie towarzysz.
- Ślepy jesteś? Zerwałam się w środku nocy. Nawet się nie przebrałam!
- Masz załóż to.- Sięgnął ręką po czarną torbę z tylnego siedzenia.
W środku były legginsy i czarna bluza z napisem: I love football. Niechętnie wzięłam ubranie do rąk. Na dnie znalazła również czerwone trampki. Akurat w moim rozmiarze.
- Skąd to masz?
- Zestaw awaryjny. W bagażniku jest mój.

Kiedy dotarliśmy na lotnisko poszłam do łazienki się przebrać, a Pedro w tym czasie kupił bilety. Włosy związałam w ciasny kucyk, dzięki czemu nie było tak dosadnie widać w jakim są nieładzie. Całe szczęście, że zawsze nosiłam na ręce gumkę.

Lot trwał trzy godziny. Siedzieliśmy obok siebie. Zamienili ledwie kilka słów. Wyjaśnił mi dokładnie, że na miejscu nie będziemy zwiedzać, ani chodzić po sklepach. Mamy się trzymać daleko od ludzi, bo możemy zrobić im krzywdę. Przypomniał mi, że jesteśmy w połowie zombie. Zabronił nawet opuszczać koloni.
Jednak nie rozumiałam jednej rzeczy.
- Dlaczego teraz jestem w pobliżu ludzi i nie mam ochoty pożreć ich mózgów?- Zapytałam w końcu przerywając milczenie.
-  Hiniscytoza działa również na nasz głód. Dzięki niej żywimy się normalnymi posiłkami.
- Więc dlaczego nie wolno mi się spotkać z rodziną?
- Przy dłuższej bliższości czy nawet zwykłym uścisku u nowo stworzonych przestaje działać. Wracają do swojej prawdziwej postaci i są gotowe zniszczyć wszystko.
To było nielogiczne. Myślałam, że doktor, który mnie torturował naprawdę jest geniuszem, a on nie potrafi nawet wymyślić chwilowego antidotum działającego na wszystkich? Niedorzeczność, powinni zatrudnić kogoś innego.
- Kiedy będę potrafiła się opanować?- Spojrzałam z nadzieją, że mnie pocieszy i powie:
- Już niedługo! Poczekaj jeszcze kilka dni.
Tak, takiej odpowiedzi oczekiwałam. Niestety uzyskałam tą:
- Różnie. Dziesięć, dwadzieścia lat. Bywa, że dłużej.
Załamałam się. Czy ktoś tutaj mógł przekazać mi dobrą wiadomość. Nie wystarczyło, iż stałam się potworem. Do tego musiała jeszcze dojść ucieczka przed niebezpiecznymi istotami i długa rozłąka z moim wygodnym życiem.
Z zamyślenia wyrwało mnie ukłucie. Spojrzałam na rękę. Pedro dyskretnie wbił mi strzykawkę z Haniscytozą.
- Dzisiaj jeszcze nie brałaś.
- Wiem.
- Spojrzałam jeszcze raz w miejsce, z którego leciała mi teraz krew. Od poprzednich dawek zrobiły mi się siniaki. Wyglądałam jak narkomanka.
Tego było za dużo. Spanikowałam, straciłam kontrolę nad własnym ciałem: zaczęłam dygotać, nerwowo ściskać fotel, zagryzać wargę  do gołego mięsa. O nie! Znowu dostałam ataku. Już kiedyś tak miałam po wypadku Oli. Byłam wtedy całkowicie bezradna. Tak jak teraz.
- Nic ci nie jest?- Towarzysz złapał mnie za rękę.
Nie byłam w stanie nawet się z tego cieszyć. Roznosiło mnie.
-  Nie. Pójdę do łazienki.
Wstałam z miejsca. Opanowałam zawroty głowy i zamknęłam się w ciasnej toalecie. Szukałam czegoś ostrego, czegoś takiego jak żyletka. Niestety nie znalazłam. Moje drgawki przybierały poziom wstrząsów. Wiedziałam, że muszę się śpieszyć. Moja uwagę przykuło duże lustro z czarną obwódką, które wisiało nad umywalką. Wzięłam rozmach i kopnęłam w nie z całej siły. Pojawiła się duża rysa. Kopnęłam jeszcze raz, drugi, trzeci. Później zaczęłam walić pięściami. Nie obchodziło mnie czy ktoś to słyszy. Chciałam tylko uzyskać spokój. W końcu lustro rozsypało się w drobne kawałki. Wzięłam największy z nich, podciągnęłam rękaw i z całej siły przeciągnęłam po skórze. Potem znowu i znowu. Aż w końcu całe ręce miałam w krwi. Wyglądały jak po wybuchu torpedy. Poczułam wyczekiwany spokój. Samookaleczenie dawało mi równowagę. Czułam, że znowu powróciła moja pewność siebie. Przemyłam ręce i zobaczyłam, że rany były głębsze niż kiedykolwiek wcześniej. Zrobiło mi się słabo. Krew nie przestawała lecieć. Próbowałam ją zatamować, ale na próżno. Znowu spanikowałam, nie wiedziałam co robić. Zapewne Pedro zaczął już się zastanawiać co tu tak długo robię. Oparłam się o ścianę i zaczęłam płakać. Pobrudziłam już całą podłogę. Coraz bardziej słabłam. Mocno przyciskałam papier, ale on tylko cały przemakał i musiałam brać nowy. Nie dobrze. Bardzo niedobrze. Moja panika pogłębiła się, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Melisa na pewno wszystko gra? Siedzisz tam już pół godziny.
To był Pedro. Nie wytrzymałam. Drgawki powróciły.
Znowu zaczęłam się ciąć, mocniej. Próbowałam się opanować, ale to było silniejsze ode mnie.
- Melisa!
Nie odpowiadałam, nie miałam siły. Ledwo utrzymywałam rękę w pionie i doprowadzałam do coraz silniejszego krwotoku. Zauważyłam, że krew wylała się pod drzwiami. Nie obchodziło mnie to. Kontynuowałam swoje.
- Melisa!
Moje oczy coraz bardziej się zamykały. Kiwałam się, traciłam równowagę.

Pedro kopnął w drzwi, które poleciały prosto na ziemię. Widząc mnie sięgnął do górnej szafki nad umywalką. Wyciągnął apteczkę. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam? Musiałam być zbyt rozkojarzona. Zaczął opatrywać mi ręce. Kiedy skończył usiadł koło mnie i zasłonił twarz dłońmi. Podeszła do nas stewardesa i zaproponowała pomoc, ale dyskretnie ją spławił.
- Trzeba będzie szyć.- Odezwał się w końcu.

Kiwnęłam głową. Nie miałam siły, żeby protestować. Oparłam głowę o jego ramię (pozwolił mi na to) i zasnęłam. Było mi dobrze. Ręce przestawały boleć, a co najważniejsze pierwszy raz miałam przy sobie bliską osobę, która nie pomagała mi ze względu na pieniądze czy moją popularność. Robiła to, bo jej na mnie zależało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz