A może nie wiem wszystkiego?
Kolejne dni mijały bez zmian. Jakimś cudem
udawało mi zbywać Willa, chociaż stawało się to coraz trudniejsze. Zaczynał
naprawdę wczuwać się w rolę ojca. Wczoraj niestety nie skończyło się już tylko
na kolejnej parze ostrzeżeń i macierzyńskich porad, dostałam jeszcze torbę
ubrań ciążowych (odrażających z resztą, których i tak nigdy bym nie założyła) i
mnóstwo najróżniejszych witamin, owoców oraz warzyw. Normalnie kazałabym mu dać
mi spokój i zapomnieć o dziecku, gdyby nie fakt, że ratował mnie przed Rexem.
Zwykle przychodził w pierwszej godzinie treningu i mówił, że już wystarczy. Na
początku mojemu wymagającemu trenerowi nie łatwo było to zaakceptować, ale po kilku
dłuższych wymianach zdań poddał się i odpuścił. Pozostały czas zapełniały mi
jedynie Henicytoza, jedzenie, pielęgnacja wyglądu, sen i na szczęście zabawa
nowo zyskaną komórką. Przynajmniej ona zapewniała mi chwilę rozrywki. W końcu,
po siedmiu dniach zniecierpliwienia, wyczekiwania i pogrążającej nudy nadszedł
ten dzień. Dzień, w którym moje problemy miały się rozwiązać, a przynajmniej
część. Z jednej strony już nie mogłam się doczekać, kiedy się wybudzę i z
radością stwierdzę, że mój brzuch jest pusty. Jednak z drugiej strony bałam się
operacji. Nie dość, że zabieg tego typu jest sam w sobie niebezpieczny to
jeszcze miał być przeprowadzony przez tego doktora Vinterdows’a. Doskonale
pamiętam każdy, nawet najmniejszy element cierpienia jaki mi zafundował. To
okropne, że w tamtym momencie musiałam mu zaufać praktycznie bezgranicznie.
Siedziałam na łóżku wyszykowana i rozbudzona
jak nigdy wcześniej o trzeciej w nocy. Kurczowo ściskałam telefon, na który
miał przyjść sms od mężczyzny, którego szantażowałam, że mam przyjść do pokoju
numer sześćdziesiąt trzy na pierwszym
piętrze. Zdążyłam się zorientować, że nazywał się Michael Bellings.
Minuty w całkowitej ciszy i niepewności
zdawały się upływać niczym godziny. Czekałam, czekałam i czekałam, kiedy już
miałam oszaleć poczułam wibracje. Sygnał, że przyszła wiadomość. Momentalnie
sprawdziłam jej treść. Jedno słowo, a sprawiło, że zerwałam się na równe nogi i
wybiegłam z pokoju, a mianowicie:
„Teraz”
Najszybciej jak mogłam zbiegłam po schodach,
a nie było to w brew pozorów łatwe biorąc pod uwagę bolący brzuch, stres i
ogromny wysiłek, żeby nie zrobić nic głośnego. Gdybym kogoś obudziła cały plan
ległby w gruzach. Nikt nie mógł wiedzieć. Nie uniknionym było, że prędzej czy
później utrata ciąży zostanie zauważona, ale co mogą mi zrobić po fakcie? Czasu
nie cofną.
Kiedy dotarłam na miejsce nawet nie przyszło
mi do głowy, żeby się zatrzymać. Szeroko otworzyłam drzwi i weszłam do środka
pomieszczenia. Jego wnętrze mnie trochę przeraziło. Mnóstwo skalpeli, igieł,
strzykawek i laserów: sala tortur. Na środku przed wielkim łóżkiem stało dwoje
mężczyzn. Oczywiście mogli to być tylko Felix Vinterdows i Michael Bellings.
-Jestem gotowa- Oznajmiłam zapominając o
ciszy.
Felix podszedł do mnie.
-Ciii… Nikt nie może nas przyłapać-
Przyłożył palec do ust.
Czując jego oddech na karku miałam ochotę
zwymiotować. Nie znosiłam tego człowieka. Objął mnie w talii i szepnął:
-Nie wiem, jak zdołałaś go przekonać, żeby
zadał sobie tyle trudu namawiając mnie do tego, ale ci się udało.
Wyrwałam się z uścisku i sztywno
uśmiechnęłam.
-Dobrze to słyszeć.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze
spojrzenia, po czym Michael udał się do wyjścia.
-Powodzenia-Powiedział.
-Dzięki-Pomachał mu Felix
-Nie dla ciebie-Dodał oschle i opuścił
pomieszczenie.
Mruknęłam niepewne „Dzięki” i rozłożyłam się
na łóżku. Okazało się bardzo wygodne, idealnie dopasowane do mojego ciała.
Sądzę, że na przykład Pedro miałby większy problem, żeby się tutaj wygodnie
położyć, a co dopiero Rex. Ten to by śmiesznie wyglądał.
-To kiedy zaczynamy?-Zapytałam.
-Teraz- Uśmiechnął się złowrogo doktorek i
postawił sobie krzesło tuż obok mnie.
Zobaczywszy długą igłę w jego ręce
przeraziłam się.
-Czy to będzie polało?-Zapytałam
pośpiesznie.
Spojrzał na mnie pobłażliwie i pogładził po
głowie, jak małe dziecko, na co się wzdrygnęłam i lekko odsunęłam.
-Poczujesz tylko ukłucie, później pogrążysz
się w głębokim śnie-Powiedział spokojnym głosem i złapał za materiał mojej
bluzki-Podciągnij ją.
Wykonałam polecenie i mocno zacisnęłam
powieki. Czując, że igła jest coraz bliżej mocno złapałam się ram mebla. Chciałam,
żeby ten koszmar się w końcu skończył, żeby wbił tą igłę i dał mi w spokój.
Niestety moje prośby nie zostały wysłuchane, gdyż usłyszałam cichą melodię.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że lekarz właśnie podchodzi do biurka i sięga po
telefon. Ktoś dzwonił.
-Muszę odebrać-Zwrócił się do mnie po czym
przyłożył komórkę do ucha.
-Vinterdows, słucham-Odezwał się.
Próbowałam podsłuchać o czym rozmawiają, ale
na próżno. Drugi głos był zupełnie niesłyszalny.
-Jak to teraz? Ale ja… Dobrze, zaraz będę-
Powiedział i zakończył połączenie.
-Co jest? A co ze mną?-Zapytałam wściekle.
Rozkojarzony spojrzał na mnie.
-Ja, my, my musimy to przełożyć.
Wstałam i podeszłam do niego.
-Słucham? Co jest do jasnej cholery
ważniejszego niż moja operacja?!
Mężczyzna lekko się uśmiechnął.
-Montoya się obudził.
Co? Teraz? Nie, no nie wierzę. Każdego ranka
wstawałam z nadzieją, że może dzisiaj wejdzie do mojego pokoju i już nigdy
więcej nie puści, że mnie przytuli, pocałuje, cokolwiek. Ale teraz… absolutnie
nie chciałam, żeby się wybudził. Czemu mam tak wielkiego pecha? Czemu nic nie
może być dobrze. Nie mogłam nawet nakrzyczeć na lekarza. Byłoby to niewłaściwe
zwłaszcza, że chciałam udowodnić iż
zależy mi na Pedro. Postanowiłam schować wszystkie emocje w kieszeń i
powiedziałam bez większych emocji:
-No to chodźmy.
Kiedy weszliśmy do sali, w której przebywał
Pedro zobaczyłam ogromne zbiorowisko. Mnóstwo tłoczących się lekarzy,
pielęgniarek i osób trzecich. Nie wiedziałam na kim zawiesić wzrok. W końcu
moje spojrzenie napotkało zakłopotanego Pedro, próbującego odpowiedzieć na
wszystkie pytania. Siedział rozkojarzony na łóżko w szpitalnej koszuli i
nieładzie na głowie. Wydawał się nieobecny, nic nie rozumiał, jak małe dziecko.
Widok ten był rozkoszny. Kiedy zauważyłam, że wstaje bez zastanowienia
podbiegłam i przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Wtedy to jakiekolwiek
rozmowy ustały i wszystkie oczy zwróciły się na nas. Ku mojemu wielkiemu
zdziwieniu chłopak nie odwzajemnił uścisku. Stał, jak gdybym była dla niego
obcą osobą. Odsunęłam się od niego o krok i spojrzałam pytająco. Jednak gdy
tylko napotkałam jego jakże magnetyczny wzrok wszystkie złe emocje ulotniły się
ze mnie. Czułam już tylko szczęście. Złapałam go za dłonie i przycisnęłam je do
mojej klatki piersiowej.
-Nigdy więcej mnie nie zostawiaj,
głupku-Wyszeptałam-Wiesz co ja przeżywałam? Nie chcę długich i męczących
treningów z Rexem czy romantycznych i niezręcznych chwil z Willem. O wiele
bardziej wolę twoje towarzystwo.
Po wysłuchaniu moich słów wyswobodził swoje
ręce i odsunął się ode mnie o krok, co wprawiło mnie w nie lada zakłopotanie i
irytację. Jest nieprzytomny przez dwa miesiące, a gdy się budzi totalnie nie
zwraca na mnie uwagi? O nie, nie, nie. Ze mną się tak nie postępuję. Pedro
nerwowo przeskoczył z nogi na nogę i obdarzył mnie delikatnym, niezręcznym
uśmiechem.
-Przykro mi, ale…-Nie zdążył dokończyć, gdyż
przerwał mu jeden z lekarzy:
-Nic nie pamięta Ma chwilową amnezję.
Zatkało mnie. Kompletnie zapomniałam, że
mogło to nastąpić. Byłam zbyt przejęta ciążą i swoimi problemami, że myśleć o
jego stanie zdrowia. Już miała zalać mnie fala gniewu, kiedy zrozumiałam, że
może dobrze się stało. Będę mogła naciągnąć kilka faktów na swoją korzyść i już
nawet wiem jakich.
-A… Czy on sobie kiedyś przypomni?-Zapytałam
z nadzieją w głosie.
Właściwie nie wiem na co liczyłam z jednej
strony chciałam, żeby odczuwał wszystkie emocje, które nas połączyły, ale z
drugiej… może, gdyby na stałe zapomniał udało by mi się mu nawet wmówić, że to
jego dziecko. Tak z takiego obrotu sprawy byłabym zadowolona. Nie musiałabym
się go pozbywać. Nie zmieniałoby to faktu, że nie chcę być matką, ale mogłabym
się jeszcze przynajmniej porządnie zastanowić.
-Prawdopodobnie tak, ale nie jesteśmy w
stanie stwierdzić kiedy- Wyrwał mnie z zamyślenia głos starszego mężczyzny w
fartuchu.
„Prawdopodobnie”-Czyli jest jakaś szansa, że
sobie nie przypomni. Zawsze coś, chociaż raz postaram się myśleć
optymistycznie. Muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. No bo jakiego trzeba mieć
pecha, żeby obudził się właśnie podczas mojego zabiegu? Aż ciężko uwierzyć, że
komuś takiemu jak ja tak poprzestawiało się życie. O ile moją sytuację można
nazwać życiem, no bo przecież żyją tylko żywi, a ja jestem… no wiadomo: martwa.
Przez najbliższe pięć dni Pedro pozostał
jeszcze w sali szpitalnej. To właśnie teraz przyszłam, żeby odprowadzić go do
jego pokoju. Swoją drogą byłam bardzo ciekawa jak wygląda. Jeszcze nigdy tam
nie byłam. Nawet nie wiedziałam, który to. W czasie pierwszych dni po przebudzeniu
ponownie się do siebie zbliżyliśmy. Zostaliśmy przyjaciółmi. Cóż, liczyłam na
więcej, ale wszystko w swoim czasie.
Zdążyłam mu opowiedzieć, jaka łączyła nas relacja. Przyjął to bardzo dobrze,
nawet ucieszył się, że udało mu się związać
z kimś tak atrakcyjnym. Niepokoiła go jedynie różnica wieku. Dość
znacząca, nie ukrywajmy. Nie dość, że z wyglądy był starszy o osiem lat, to
jeszcze urodził się kilkadziesiąt przede mną. Jednak udało mi się go przekonać,
że jestem bardzo dojrzała i to nam nie przeszkadzało. To prawda:
podkoloryzowałam trochę nasz związek. Z moich opowieści wynikało, że był
idealny. Otwarty, szczery i namiętny, innymi słowy taki o jakim marzyłam. Nie
rozmawialiśmy tylko o jednym: dziecku. I to dzisiaj miałam zamiar o wszystko mu
wyjaśnić. Will chciał to zrobić wcześniej, ale go powstrzymałam. Wiedziałam, że
ja chcę to zrobić, ale najpierw muszę się przygotować. No i miałam już dość
chodzenia w za dużych na mnie koszulkach i ukrywania brzucha.
-Wziąłeś wszystkie swoje rzeczy?- Zapytałam,
kiedy mieliśmy wychodzić na korytarz.
-Tak, wydaje mi się, że tak. Najwyżej się
wrócę- Odpowiedział rozglądając się po pokoju.
-Dobra-Powiedziałam i opuściłam
pomieszczenie. Zaraz za mną Pedro, który jeszcze cofnął się po dużą, grafitową
walizkę ze swoimi ubraniami.
Okazało się, że mieszka on w pokoju sto
sześć na drugim piętrze. Gdy weszłam do środka, aż zaniemówiłam. Ściany były
pokryte ciemno czerwoną, uwodzicielską farbą. Na środku stało duże, ciemno
brązowe, dwuosobowe łóżko. Niedaleko ogromna oszklona szafa i duże biurko. Na
ścianie wisiał wielki, plazmowy telewizor, przed którym znajdował się duży,
skórzany fotel i mały stolik. Drzwi do łazienki było otwarte, więc mogłam
dostrzec marmurową, wygodną wannę i prysznic. Obok podwójny zlew i duże,
wiszące lustro. Całość idealnie kontrastowała z czarnymi kafelkami i ciemnymi
panelami. Przyznam, że trochę się zirytowałam. To ja się cisnę w małej klitce,
a taki sobie Pedro nie z żadnej bogatej czy szanowanej rodziny (jak przypuszczam)
w wielkim ozdobnym pokoju, w pomieszczeniu niewiele mniejszym od mojego
poprzedniego. W wyższych sferach takie zaniedbanie byłoby nie do pomyślenia.
Usiadłam wygodnie na fotelu i zwróciłam w
stronę chłopaka, który właśnie wkładał walizkę do szafy.
-Muszę ci o czymś powiedzieć- Zaczęłam
niepewnie.
Pedro przerwał swoje zajęcie i zaczął się do
mnie zbliżać. Podszedł i klęknął tuż przy mnie tak, że teraz nasze czoła były
mniej więcej na tej samej wysokości. Złapał mnie za rękę.
-Poczekaj. Za nim zaczniesz chciałem ci
bardzo podziękować za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Obdarzyłaś mnie ogromnym
uczuciem i nawet teraz nie zostawiłaś, lecz wszystko wyjaśniłaś. Jesteś dla
mnie kimś bardzo ważnym nie dziwię się,
że wtedy się w tobie zakochałem. Mam nadzieję, że już niedługo wszystko sobie
przypomnę i znów będziemy razem.
Zarumieniłam się. Było to dla mnie bardzo
miłe i pewnie, gdyby nie fakt, że nie jest teraz sobą tylko wyidealizowanym
przeze mnie mężczyzną rozpłynęłabym się. Poczułam mocne ukłucie w sercu
spowodowane żalem, że muszę popsuć tę chwilę i pewnie całą naszą przyszłość.
-O, to bardzo miłe…Cieszę się-Zdołałam
wydusić.
Ucałował moją dłoń.
-A teraz ty. Co chciałaś mi powiedzieć?-
Uśmiechnął się.
Czemu nie mógł być taki już zawsze? A no
tak. Może dlatego, że po pierwsze: To nie on, tylko jego przeciwieństwo, a po
drugie: zaraz mnie znienawidzi.
-Bo wiesz… ja, ja jestem… no, jakby to…-
Próbowałam z siebie wydusić, ale nie potrafiłam.
-Powiedz mi o co chodzi-Powiedział
spokojnie, ale stanowczo. Wyczułam w tym nutkę zniecierpliwienia, dlatego
postanowiłam mieć to już z głowy i powiedzieć bez owijania w bawełnę.
-Jestem w ciąży!-Wypaliłam i po moim
policzku spłynęła łza.
Poczułam ciepłą dłoń, która ją wytarła.
-To… To świetna wiadomość-Powiedział ze
sztucznym entuzjazmem.
-Co?-Zapytałam z niedowierzaniem.
-Będziemy mieli dziecko, cieszę się. Bo to
ja jestem ojcem-Delikatnie złapał za mój podbródek i uniósł go tak, że nasze
spojrzenia się spotkały-Prawda?
Nie mogłam zaprzeczyć pod wpływem tych jakże
ciemnych, prawie czarnych tęczówek. Nie mogłam oprzeć się temu, jakże pełnemu pożądania
spojrzeniu.
-Yyy… Tak, oczywiście- Uśmiechnęłam się sztywnie.
Głupia, głupia Melisa! Byłaś o krok od
powiedzenia mu prawdy i wplątałaś się w najgorsze kłamstwo jakie tylko mogłaś.
On się na pewno dowie. Nawet jeśli nie powie mu Will, nawet jeśli nigdy sobie
nie przypomni to prędzej czy później może zauważyć, że dziecko go w ogóle nie
przypomina . Pedro i ja mamy ciemne włosy, a Wil jest blondynem o jasnych,
niebieskich oczach. Jeśli nasz potomek odziedziczy jego geny… będzie po mnie.
Hej! A gdzie mój optymizm? Myślę pozytywnie. A może po prostu znienawidzi mnie
w małym, nieznacznym stopniu, o którym zaraz zapomni, kiedy pokaże mu jaką
jestem świetną kochanką? A może zrozumie, że byłam pijana i będzie chciał tego
dziecka? Oh, kogo ja oszukuję?! Jestem skończona. Zniszczyłam wszelkie uczucia
jakimi mnie darzy. To już koniec.
Następnego ranka poszłam z wizytą o doktora
Felixa. Musiałam się dowiedzieć co dalej z aborcją. Może udałoby mi się z jego
pomocą i Michaela oszukać wszystkich, że poroniłam. Will ponownie wyjechałby do
Francja, a ja i Pedro żyli długo i szczęśliwie (w pewnym sensie), a gdyby sobie
przypomniał i zapytał o co chodziło z tą ciążą zaczęłabym się śmiać i
powiedziała, że to żart. Zirytowałby się, ale nic poza tym. Tak, jestem już
pewna. Całym problemem jest dziecko, nienawidzę go. Zdaję sobie sprawę, że
zrzucam całą moją winę na niego, ale trudno. Nic nie poradzę na to, że go nie
chce. Nie mogę się zmusić do miłości.
Otworzyłam drzwi i weszłam do gabinetu
lekarza. Był akurat w trakcie rozmowy telefonicznej. Podeszłam i zabrałam mu
komórkę.
-Co ty robisz?!-Krzyknął i wyrwał mi ją, ale
rozmówca po drugiej stronie już się rozłączył.
Zdenerwowany rozmasował skronie i usiadł za
biurkiem.
-Słucham, więc co jest tak ważnego, że
właśnie przerwałaś moją rozmowę z najwybitniejszym laboratorium w Ameryce.
Uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na oparciu
kanapy przy ścianie.
-Chciałam wiedzieć co z moją operacją.
Została przerwana w trakcie, a ty przez tydzień się słowem nie odezwałeś o
powtórce.
Spojrzał na mnie zdziwiony i zmarszczył
brwi.
-Jakiej powtórce? Okazja, w której akurat
nikt nie pilnuje dyżuru zdarza się raz na milion. Michael właśnie wyjechał na
Karaiby, a ja nie pełnie takich obowiązków. Musielibyśmy jeszcze kogoś w to
wmieszać, a jak przypuszczam nie znasz nikogo tak zaufanego.
-No nie- burknęłam i wbiłam wzrok w podłogę.
Powoli zacisnęłam pięści i wzięłam głęboki
oddech.” Spokojnie Meliso. Złość piękności szkodzi.”-Powtarzałam sobie w takich
chwilach. Tylko powoli przestawało mi to już pomagać.
-Więc jak widzisz-Kontynuował-Jestem
bezradny. Twoje wizyty tutaj są bezcelowe, gdyż jak na razie mamy związane
ręce, oboje. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Przewróciłam oczami na ostatnie zdanie. Nie
znosiłam, gdy ktoś tak mówił. Nigdy nie potrafiłam czekać i wszystko dostawałam
tylko, gdy o tym pomyślałam. Jak ja sobie poradzę?
-Kiedy nadarzy się następna
okazja?-Zapytałam w końcu.
Mężczyzna słysząc to zaczął przeglądać
pojedyncze kartki leżące na biurku.
-Nie mam pojęcia. Może za dwa miesiące,
trzy.
Ześlizgnęłam się na podłogę. Przycisnęłam
kolana do brzucha i zacisnęłam mocno powieki. Nie mogłam płakać, nie teraz, nie
przy nim. ”Jestem silna, dam radę”- Powtarzałam.
-Nie dam!-Krzyknęłam głośno i wybuchłam
gromkim płaczem.
Vinterdows nawet nie zwrócił na to uwagi.
Zaczął spisywać jakieś notatki. Nie czekając długo wstałam i wybiegłam na
korytarz. Nie wiedziałam dokąd pójść. Nie chciałam teraz siedzieć sama.
Zatrzymałam się. Wpadła mi do głowy myśl. Potrzebowałam ciepła, męskiego
ciepła. Rex odpadał od razu był oschły, gruboskórny, nieprzyjemny i wredny. Nie
znosiłam go. Zostali więc Pedro i Will. Zdążyłam się już zorientować gdzie
każdy z nich ma pokój. Obydwoje na drugim piętrze, ale na różnych końcach.
Pojechałam tam windą i zatrzymałam się na
środku. Wymijało mnie mnóstwo ludzi, a ja stałam jak wryta. Oczywiście wolałam
Pedro, ale nie był teraz sobą. Zapewne zacząłby się dopytywać o co chodzi. Czy
ktoś zrobił mi krzywdę, a tego nie chciałam musiałabym się zagłębiać w
kłamstwach. A Willa mało obchodziło co czuje. Patrzył tylko jak zaciągnąć mnie
do łóżka. I właśnie taki ktoś był mi teraz potrzebny. Skręciłam w lewo i
ruszyłam. Zatrzymałam się przed pokojem dwieście siedem. To właśnie tu miałam
zamiar przyjść. Zastanawiałam się chwilę, ale pomyślałam: „Co mi tam?” i
weszłam do środka.
Pomieszczenie niczym się nie wyróżniało.
Wyglądało zupełnie jak moje. Na łóżko właśnie leżał Will i robił coś na
laptopie. Widząc mnie odłożył go i wstał.
-Mel? Wszystko w porządku?- Zapytał
zdziwiony, a ja bez namysłu podbiegłam i przytuliłam się do niego. Wyglądał
dzisiaj bardzo przystojnie. Założył dość obcisły t-shirt podkreślający jego
sześciopak, jeansy i trampki (chyba nie muszę wspominać, że czarne). Zalała
mnie fala ciepła, gdy odwzajemnił uścisk. Przycisnął mnie do siebie mocno i
pewnie. Czułam, że się uśmiecha. Było mi przyjemnie. Sięgałam mu zaledwie kilka
centymetrów ponad ramie. Czułam się przez chwilę taka stabilna i opanowana.
Złożył delikatny pocałunek na moim czole i odsunął mnie lekko od siebie.
-Chcesz mi opowiedzieć co się
stało?-Zapytał.
Usiadłam na łóżku i oparłam się na łokciach.
-Nie.
Podszedł i zrobił to samo. Zwrócił mój podbródek
w swoją stronę. Teraz gdy patrzyłam w te piękne, jasne i głębokie oczy nie
byłam już taka pewna czy Pedro jest tym jedynym. Przestań Melisa! Nie myśl tak.
Wiesz jakim Will jest typem. To zwykły podrywacz, który zaraz cię zostawi. Poza
tym jesteś nim tylko zauroczona. Mam nadzieje.
-Możesz mi zaufać. W końcu niedługo będziemy
rodziną. Postaram się zrozumieć i…-
Zaczął spokojnie.
-Naprawdę chce ci się to mówić?- Przerwałam
mu i odsunęłam jego rękę od mojej twarzy.
Uśmiechnął się szarmancko.
-Nie. Wiesz co bym wolał.
Kiwnęłam głową.
Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, złapał
dłońmi moje policzki i…pocałował mnie. W chwili, gdy nasze usta się połączyły
nie myślałam racjonalnie i pogłębiłam ten głupi flirt. Była to długa i namiętna
chwila, aż gdy zaczęło mi brakować powietrza otrząsnęłam się i odepchnęłam go.
-Nie, nie, nie, nie, nie… ja nie mogę-
Złapałam się za głowę i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju.
-Ej, spokojnie- Podszedł do mnie i złapał za
nadgarstki-A może tak właśnie będzie lepiej?