Nowa ja
Obudziłam się w małym pomieszczeniu. Ściany
i podłoga pokryte były metalowymi płytami. Na środku leżało łóżko, dookoła nic.
Nie mogłam znaleźć nawet drzwi. Zaczęłam krzyczeć chciałam się wydostać, ale
kiedy mocniej napięłam mięśnie znów poczułam ból. Skuliłam się i położyłam na
łóżku. Próbowałam zasnąć, ale przypomniałam sobie co dokładnie się wydarzyło.
Nie zważając na towarzyszące mi uczucia zerwałam się i zaczęłam wołać o pomoc.
Wołałam i wołałam. Nikt nie odpowiadał. Powoli traciłam nadzieję, aż w końcu
ściana na wprost mnie zaczęła się rozchylać, uwalniając przy tym światło. Zaczęłam biec. Nie obchodziło mnie gdzie. Chciałam wrócić do
domu. Drogę zagrodził mi starszy mężczyzna. Był wysoki, przewyższał mnie o
jakieś trzydzieści centymetrów. Jego ciemne oczy idealnie pasowały do siwych,
prawie białych włosów.
Złapał mnie za rękę. Próbowałam się wyrwać,
ale był silny.
- Uspokój się. Chcę ci pomóc.- Powiedział
spokojnie niskim, melodyjnym głosem.
- Zostaw mnie! Muszę wrócić do domu.- Dalej
próbowałam się uwolnić.
- Nie masz już domu. Usiądź, a wszystko ci
wyjaśnię.- Wskazał ręką krzesło.
Posłuchałam. Byłam ciekawa o co mu chodzi.
- Dlaczego? Dlaczego mnie tu trzymasz?
- Wszystko po kolei. Jestem Greg. Na początek musisz wiedzieć, że świat nie jest
taki jak myślisz. Gdzie tylko się obejrzysz czeka ciemność. Istnieje forma
nadludzi, którzy tylko czekają, żeby cię skrzywdzić. Potocznie nazywane są
zombie…
-Zaraz, co? Chcesz mi wmówić, że zombie
istnieją? Nie mam już pięciu lat!- Przerwałam mu. Robił sobie ze mnie jakieś
żarty. Byłam pewna, że jest stuknięty
- Nie przerywaj mi! Tak więc jak mówiłem
potocznie nazywane zombie. My wolimy je nazywać śmiercionosicielami. Żyją w dwóch
gatunkach. Pierwszy jest najgorszy. Te istoty pozbawione są jakichkolwiek
uczuć. Nie posiadają mózgu. Ich jedynym celem jest zabijanie. Pragną pożerać
inne mózgi. Ten drugi powstaje gdy śmiercionosiciel ugryzie człowieka. Nie
zdąży mu jeszcze wyjeść wnętrzności. Istoty te czują. Mogą być szczęśliwe, złe
smutne. Jednak kiedy nie nauczą się jeszcze kontrolować i znajdą w pobliżu
ludzi… zrobią dokładnie to samo co tamte. Obydwa gatunki wyglądają tak samo. W
starciu z którymkolwiek z nich żaden śmiertelnik jeszcze nie przeżył.
- Powiedzmy, że rozumiem. Po co tu jestem?-
Zaczęłam się niecierpliwić.
- Otóż ty i ja należymy do tych drugich.
Jesteśmy w połowie zombie.
- Słuchaj nie wiem na co jesteś chory, ale
muszę już iść. Jak widzisz mam ręce, nogi, głowę. Wszystko na swoich miejscach.
- Wyglądamy tak, ponieważ jeden z naszych
naukowców opracował lek, który gdy będzie podawany co dwanaście godzin nie
pozwoli nikomu dostrzec naszego prawdziwego ciała.- Wziął do rąk dwie
strzykawki jedną wypełnioną zielonym płynem, a drugą czerwonym. Obie miały
długie, grube igły- Daj rękę.
- Nie! Jesteś nienormalny.- Zaczęłam
uciekać. Wtedy do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Jeden był blondynem,
drugi szatynem. Mieli około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. Byli bardzo
dobrze zbudowani. Złapali mnie za ręce i ponownie posadzili na krześle. Greg
wbił mi w rękę strzykawkę z zielonym płynem.
- Ała! Co to jest?- Znowu próbowałam się
wyrwać.
- Za chwilę znów będziesz w swojej
prawdziwej postaci. Może teraz mi uwierzysz.
Po kilku minutach milczenia któryś z
mężczyzn przyniósł duże lustro i postawił przede mną. W odbiciu zobaczyłam
potwora. Nie, siebie. To ja byłam tym potworem. Ponad połowa mojego ciała nie
była pokryta skórą. Na twarzy wystawały mi gołe kości. Usta były rozerwane.
Oczy czerwone. Podniosłam rękę i włożyłam palec za klatkę piersiową. Dotknęłam
mojego serca. Nie biło.
Niespodziewanie poczułam drugie ukłucie.
- Zaraz wrócisz do normy.- Powiedział Greg.
- Co ze mną teraz będzie?- Pierwszy raz w
życiu usłyszałam w moim głosie panikę. Dawniej zawsze wiedziałam co zrobić.
Teraz byłam bezradna. Musiałam zdać się na łaskę obcych ludzi. To było
poniżające.
- Carl zawiezie cię do naszej najbliższej
koloni. Tam nauczą cię samoobrony zarówno przed ludźmi jak i śmiercionosicielami.
Obydwoje chcą nas zabić. – Wskazał ręką na ciemnowłosego mężczyzne, który dalej
mnie trzymał.
To wszystko wydawało mi się niedorzeczne.
Nie chciałam nigdzie jechać. Byłam załamana, zdesperowana. Miałam ochotę
położyć się pod kołdrą i płakać. Jedno były pewne: Nie mogłam wyjechać. Wszyscy
na pewno mnie szukali, a ja wolałam mieszkać w mojej willi, niż w jakimś obszernym budynku z pokojem wielkości mojej
garderoby.
- Nie! Chcę zobaczyć się z siostrą.-
Założyłam ręce na piersi i starałam wyglądać groźnie.
- Zabiłabyś ją. Może za dziesięć,
dwadzieścia lat. Dopiero wtedy będziesz umiała się powstrzymać.- Carl pociągnął
mnie za rękę w stronę drzwi.
Postanowiłam nie ustępować. W co miałam się
przebrać? Nie wziełam żadnych swoich rzeczy. Nikogo tam nie znałam. Miałam
swoje życie, które podobało mi się o wiele bardziej.
Wymierzyłam mu solidny cios w nos. Chwilowo
udało mi się go ogłuszyć.
Zaczęłam uciekać. Kiedy otwierałam już drzwi
znowu coś mnie ukuło. Tym razem w kark. Zakręciło mi się w głowie. Czułam się
jakbym chodziła po ogromnej trampolinie. Dookoła widziałam kolorowe kwity,
konie. Wszystko było takie radosne. Zaczęłam się śmiać i posłusznie usiadłam w
dużym, czarnym jeepie. Cały czas się śmiałam. Wszystko skakała, kręciło się,
uśmiechało.
- Chce iść na karuzele! Na huśtawkę! Chcę
mojego jednorożca!
Ta paplanina wyraźnie rozśmieszyła mojego
towarzysza, a ja robiłam się coraz bardziej śpiąca. Zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz