Feralny dzień
Zadzwoniłam po Alberta. Ten przyjechał i
zabrał mnie do domu.
- Co się stało.- Spytał po drodze.
-Nie twoja sprawa.- Warknęłam naburmuszona.
Reszta jazdy przeminęła bez słowa.
Rano obudziła mnie siostra.
-
Wszystkiego najlepszego! To dla ciebie.- Wręczyła mi małą kartkę z życzeniami. Otworzyłam w środku był wiersz:
Jesteś ja róża i rozwijasz się
Żyjesz własnym życiem i wiesz co chcesz
Jesteś dość uparta, nie poddajesz się
Dzięki temu właśnie osiągasz swój cel
A kiedy poproszę to siostrzyczka ma
Spieszy mi z pomocą, zaraz do mnie gna
Zawsze mogę liczyć na nią
właśnie ja
Więc w dniu twoich urodzin
Powiem słowa dwa: Bądź Szczęśliwa!
- Dzięki, Klara- Uśmiechnęłam się do niej.-
Rodzice znowu nie mieli czasu, żeby mi złożyć życzenia?
- Niestety nie, ale Albert prosił, żebym ci
to dała- Wyjęła z kieszeni małe, różowe pudełeczko.
- Tylko tyle?!- Zdenerwowałam się, ale zaraz
znowu wymusiłam uśmiech.
W środku były kluczyki. Kluczyki do
samochodu. Nie miałam prawa jazdy, ale w tamtym momencie uważałam, że to
nieistotne. Koleżanka uczyła mnie kiedyś prowadzić i dobrze sobie radziłam.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyła śliczne,
nowe, czarne porsche.
Szybko się ubrałam i wybiegłam je
wypróbować, ale drogę zagrodziła mi Ada.
- Nie możesz jeszcze prowadzić. Musisz
poczekać, aż zdasz egzamin.
- Mogę robić co chcę!
- Nie. Nie możesz.- Odezwał się zza moich
pleców basowy głos. To był mój ojciec.- Oddaj mi kluczyki.
Byłam zaskoczona jego widokiem w domu o tej
porze. Zwykle widywałam go tylko wieczorem z okna mojego pokoju, kiedy wysiadał
z samochodu. Tak dawno z nim nie rozmawiałam.
- Teraz!- Ponaglił mnie.
Wykonałam jego polecenie i poszłam chociaż
zobaczyć mój prezent. Byłam wściekła. Nie rozmawiałam z nim chyba od miesiąca,
a on w dniu moich urodzin przypadkiem natknął się na mnie i nawet nie
złożył życzeń.
Postanowiłam poprawić sobie nastrój i
zadzwonić do Mii, mojej najlepszej przyjaciółki. Wiedziałam, że kiedy jej
powiem co dostałam pęknie z zazdrości. Uwielbiałam pokazywać innym, że mam od
nich lepiej.
Opowiedziałam jej o dzisiejszym poranku i
opisałam moje porsche.
- Super! Musisz dzisiaj nim przyjechać na
moją imprezę. Utrzesz Carly nosa. Ostatnio bardzo chwaliła się swoim nowym
mercedesem. Bądź o dwudziestej drugiej.
-Jasne. Do zobaczenia.
Wbiegłam do domu i zaczęłam szukać Alberta.
Musiałam kupić sobie nowe ubrania na dzisiejszy wieczór, a tylko on mógł mnie
zawieść do sklepu.
- Słucham. Co się stało?- Zapytał, kiedy w
końcu go znalazłam.
- Ile można cię szukać?! Wkurzyłeś mnie.-
Uniosłam się.- Chcę jechać na zakupy. Zawieziesz mnie.
- Dobrze
- Weź zapasowe kluczyki do m o j e g o
samochodu.- Pominęłam fakt, że moje zabrał tata.- Chcę, żeby wszyscy mogli go
podziwiać.
Kupiłam sobie jasno-różową sukienkę z
falbankami przed kolana i czarne szpilki. Do tego złotą biżuterię. Wstąpiłam
też do fryzjera, który zrobił mi zabójczo stylowy kok. Później zajrzałam do
kosmetyczki, która zrobiła mi tipsy i makijaż. Wyglądałam idealnie.
- Pospiesz się! Musimy jeszcze kupić wino.-
Krzyknęłam do Alberta.
- Już idę. Przepraszam, ale boli mnie dziś
kolano.- Przykuśtykał do mnie- Przecież nie masz jeszcze ukończonych osiemnastu
lat. Nie możesz pić alkoholu.
- Wyluzuj. To dla Mii, ona jest o rok
starsza.- Skłamałam. Byłyśmy rówieśnicami i obydwie już od roku na imprezach
piłyśmy wino czy whisky.- Nagle zobaczyłam wystawę, na której wisiała Piękna
skórzana torebka. Musiałam ja mieć. Zaczęłam biec w jej kierunku.
-Meliso, poczekaj!- Kamerdyner próbował mnie
dogonić, wtedy potknął się o własne nogi i wylądował na samym środku galerii. Nie
dało się tego nie zauważyć. Myślałam, że spalę się ze wstydu. Wyglądało to
groźnie, dlatego kasjerka ze sklepu z bielizną zadzwoniła po karetkę.
- Jesteś niezdarą! Teraz będę musiała się
szybko przebierać i może mi się rozczochrać fryzura.- Oburzyłam się w drodze do
szpitala.
Kiedy dotarliśmy lekarz powiedział, że to
złamanie i założył mu gips na prawą nogę.
- Kto mnie teraz zawiezie do Mii?-
Zapytałam, kiedy byliśmy już sami.
- Przykro mi, ale będziesz musiała sobie
odpuścić to spotkanie. Zadzwoniłem po taksówkę zaraz tu będzie. Zawiezie cię do
domu.
Wściekła wybiegłam ze szpitala. Jednak
dotarło do mnie, że nie musze się go słuchać. I to był największy błąd w moim
życiu.
Wróciłam do budynku. W łazience przebrałam
się w nowe ubrania i poszłam szukać mojej taksówki.
- Dzień dobry! Gdzie panią zawieść?- Zapytał
taksówkarz.
- Pod centrum handlowe ,,Mariposa’’.
Zmieniłam plany. Jeszcze w szpitalu zabrałam
kluczyki do samochodu z kieszeni Alberta i teraz tylko poszłam na parking
sklepowy. Moim celem było pojechać na imprezę.
Kiedy dotarłam na miejsce przywitała mnie
Carly.
- Miło cię wiedzieć Melisa! To twój
samochód?
- A czyi? Ja nie musze wypożyczać rzeczy na
pokaz, tak jak ty. Wiesz, stać mnie.- Uśmiechnęłam się złośliwie.
Carly odebrało mowę. Dumnym krokiem
wyminęłam ją i weszłam do domu Mii. W
środku grała głośna muzyka. Roiło się od kolorowych światełek, dymu
papierosowego i alkoholu.
- Cześć! Miło, że wpadłaś. Pięknie
wyglądasz.- Zawołała Mia.
- Wiem- Zgodziłam się. Wyglądałam o niebo
lepiej niż ona. Miała rozpuszczone, rude włosy, mocny makijaż, obcisłą zieloną
sukienkę do kolan, czarne koturny i tak jak
ja złotą biżuterię. W naszych szeregach każdy ją nosił.
Wręczyłam jej butelkę wina.
- Wielkie dzięki, przyda się. Nie mamy
wystarczających zapasów. Chodź przedstawię ci Krystiana. Idealnie do siebie
pasujecie. Słyszałam o twoim rozstaniu z Aleksem i postanowiłam znaleźć ci
kogoś lepszego.-Pociągnęła mnie za sobą i pokazała niskiego, szatyna o
spojrzeniu jasnych, niebieskich oczu.
Nie znosiłam jak wtrącała się w moje życie prywatne. Nie potrafiła znaleźć
mi nikogo interesującego, a próbowała tego już nie raz.
- Jestem Krystian, może zatańczymy? -
Odezwał się chłopak.
Próbowałam przyjąć poważny wyraz twarzy, ale
nie mogłam. Był prawie moje wzrostu, a przecież byłam niska nawet jak na
dziewczynę. Do tego miał jeszcze bardzo niski głoś. Był żenujący, ale pomyślałam: Co mi szkodzi?. Zgodziłam
się.
Przez następną godzinę zajmowaliśmy parkiet.
Przynajmniej potrafił tańczyć.
- Znudziło mi się.- Oznajmiłam i poszłam po
drinka.
Przy barku była już Mia. Widać było, że dużo
już wypiła.
- Co się stało?- Zapytałam.
- Filip ze mną zerwał.- To powiedziawszy
sięgnęła po butelkę whisky i zaczęła pić.
W między czasie opowiedziała mi dokładnie,
jak to jej chłopak z nią zerwał, bo spodobała mu się Agata. Nasza koleżanka,
która była na tyle bezczelna, że nawet nie wróciła do domu. Dalej bawiła się w
najlepsze.
Wstałam i wzięłam sobie butelkę najstarszego
wina jakie znalazłam.
Jeszcze z 1900 roku. Przez ilość spożytego
alkoholu ja również zaczęłam się otwierać i opowiedziałam jej co właściwie
stało się miedzy mną a Aleksem.
Po kilku godzinach byłyśmy już tak pijane,
że kiedy wrócili jej rodzice i kazali nam się rozejść nie mogłam trafić do
wyjścia. Chciałam zadzwonić po taksówkę, ale rozładował mi się telefon.
- No trudno. Pojadę sama, jakoś sobie poradzę.
Kiedy w końcu znalazłam kluczyki do
samochodu i udało mi się odpalić, powoli ruszyłam. Wszystko było w porządku.
Tylko trochę mną kołysało, ale był środek nocy więc nie stwarzałam zagrożenia
dla innego pojazdu. Ulice były puste. Problem pojawił się, gdy wjechałam do nie
oświetlonej uliczki, oddalonej od jakiejkolwiek cywilizacji. Nie widziałam
gdzie jestem. Kręciło mi się w głowie i nawet nie zauważyłam jak wpadłam w
poślizg. Samochód uderzył w drzewo. Nic mi się nie stało, więc wysiadłam i
obejrzałam czy dam rade ukryć ten fakt przed rodzicami. Niestety nie. Maska
była cała rozwalona. Stałam i nie wiedziałam co robić, aż usłyszałam szelest
liści. Odwróciłam się, ale nic nie zauważyłam. Pomyślałam, że to wiatr, ale
potem usłyszałam kroki, odwróciłam się, znowu nic. Potem był śmiech, głośni,
złowieszczy śmiech. Chciałam szybko odjechać. Próbowałam odpalić samochód, ale
nagle poczułam ogromny ból w klatce piersiowej. Otworzyłam oczy, leżałam na
ziemi. Próbowałam się podnieść, ale podbiegła do mnie jakaś ciemna postać i
ponownie przydusiła. Zaczęłam krzyczeć, ale kolejna zatkała mi usta. Później
podbiegły jeszcze trzy. One zaczęły mnie… gryźć. Nie było to jednak normalne
gryzienie. Bolało, jakbym była spalana żywcem. Nie, gorzej. Nie mogłam znaleźć
słów by to opisać.
Najbardziej zależało im na mojej głowie.
Chciały ja otworzyć, rozerwać. Nie rozumiałam. Kiedy myślałam, że to koniec
przybiegł jakiś mężczyzna. Zaczął atakować moim namiestników. Był bardzo zwinny
i szybki, jednak oni mieli przewagę liczebną. Widać było, że długo już nie
wytrzyma.
- Uciekaj!- krzyknął do mnie.
Ostatkiem sił się podniosłam. Biegłam do
lasu, byle dalej od tych psychopatów. Biegłam i krzyczałam, krzyczałam
niemiłosiernie. Ból nie ustępował. Nasilał się. Mój niepokój powiększyła woń
rozkładu. Ta woń ulatniała się ze mnie.
Po
czasie pojawiły mi się plamy przed oczami i KONIEC. Film się urwał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz