Prawda bywa bolesna
Obudziłam się ponownie na samolotowym
siedzeniu. Byłam przykryta czarnym
płaszczem. Ręce miałam dokładnie zabandażowane. Na stoliku przede mną stała
butelka wody i czekoladowe ciastka. Miałam zamiar zaczęć jeść, ale zauważyłam,
że Pedro gdzieś zniknął. Czekałam pięć, dziesięć minut, nie przychodził.
Zaniepokoiłam się. Obeszłam dokładnie cały samolot, nigdzie go nie było.
Usłyszałam podniesione głosy w kabinie pilotów
i szybko tam pobiegłam. Miałam przeczucie, że usłyszałam moją zgubę. Nie
myliłam się. Towarzysz stał przy ścianie
i toczył ostrą wymianę zdań z pilotami. Stewardesy próbowały go wyprowadzić,
ale nie dawał za wygraną.
- O co chodzi?- Zapytałam.
Na mój głos wszyscy zamilkli i obrzucili
mnie dwuznacznymi spojrzeniami.
- Nic, wracaj na miejsce.- Powiedział w
końcu Pedro.
- Chcę wiedzieć co się dzieje.- Tupnęłam
nogą i twardo stanęłam w miejscu. Nie zamierzałam się ruszać.
Jęknął.
- W Paryżu na lotnisku sama wiesz kto
zaatakowali.
- I co?
- Próbuję im wytłumaczyć, że nie mogą
awaryjnie lądować w Polsce. Za godzinę musimy być na spotkaniu.
- Nie mogę narażać pasażerów na
niebezpieczeństwo. Lądujemy.- Odezwał się jeden z pilotów.
- To zrozumiałe.- Kiwnęłam głową. Uważałam,
że mówił sensownie. Ja też nie byłam za narażaniem się na śmierć tylko po to,
żeby być punktualnie.
- Melisa…- Jęknął Pedro.
- Chodź, nic nie poradzisz.
Wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do naszego przedziału. Po tym
jak odzyskałam nad sobą panowanie poczułam się pewniej. Chciałam przejąć
pałeczkę. Nie mogłam mu pokazać, że może mną sterować jak marionetką. Byłam
silna i niezależna. Musiał w końcu to zrozumieć, a ostatnie wydarzenia
pokazywały zupełnie co innego. Samookaleczenie to był mój sposób na powrót do
równowagi. On na pewno pomyślał, że jestem niedorozwinięta emocjonalnie i nie
radzę sobie z uczuciami. To nie prawda, sama dobrze sobie radziłam, a dzięki temu
racjonalnie myślałam i wychodziłam z każdej opresji.
- W jedenastce wszyscy na nas czekają.-
Odezwał się, kiedy usiedliśmy.
- Trudno. Poczekają kilka godzin dłużej.
- To nie jest tak. Żaden samolot nie będzie
kursował do Francji. Czeka nas dwunastogodzinna jazda busem.
Dwanaście godzin sam na sam z chłopakiem, w
którym byłam zakochana. Nie przeszkadzałoby mi to. Jedyny problem stanowili
pozostali podróżnicy. Wolałabym, żebyśmy pojechali całkowicie sam na sam. Wtedy
kto wie co by się stało.
Reszta lotu przeminęła bez słowa. Na
lotnisku nawet przez chwilę nie mogłam usiąść. Śpieszyliśmy się na nasz jedyny
transport.
W środku zajęliśmy tylne miejsca obok
siebie. Przed nami było tylko kilka osób, więc nie widziałem przeszkody,
żebyśmy zaczęli się całować. Mój romantyzm przyćmiło obskurne wnętrze pojazdu.
Wytarta, brązowa skóra i mnóstwo głupawych zawieszek podoczepianych na okna. Na
dodatek w środku roznosił się zapach smażonego mięsa. Myślałam, że zwymiotuje,
nie mogłam jednak pozwolić sobie na to w towarzystwie Pedro. Starałam się nie
okazywać obrzydzenia. Pierwszy raz w życiu jechałam czymś takim.
Po godzinie, kiedy między nami nic się nie
wydarzyło, a jakiś grubas zaczął jeść obiad, którego ohydny zapach roznosił się
wszędzie nie wytrzymałam. Wstałam i krzyknęłam:
- Naprawdę?! Nie dość, że wygląda tu jak w
chlewie, to jeszcze musi się pan obżerać przy wszystkich? Teraz śmierdzi tu
jeszcze bardziej!
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Siadaj.- Syknął mój towarzysz i złapał
mnie za rękę.
- Zostaw mnie!- Wyrwałam się.- Chcę wrócić
do siebie! Chce wszędzie jeździć z moim kamerdynerem samochodami za kilka
milionów! Ludzie ratujcie, oni mnie porwali. Nie pozwalają zobaczyć się z
rodziną i wstrzykują jakąś dziwną substancję.
Odsłoniłam ślady po ukłuciach. Tłum się
żachnął.
- Melisa!- Pedro szarpnął mnie tak, że
poleciałam na siedzenie.
Zauważyłam, że kilku pasażerów wykonało
szybki telefon. Mój teraz naburmuszony towarzysz również. Niestety nie mogłam
podsłuchać o czym rozmawiał. Mówił po hiszpańsku.
Kilka skrzyżowań dalej pojazd został
zatrzymany. Trzech uzbrojonych policjantów wbiegło do środka i próbowało
obezwładnić Pedro. Na próżno. Jednym ciosem powalił ich wszystkich. Chwycił
mnie w pasie i przerzucił przez ramie. Nie protestowałam. Wiedziałam, że trochę
przesadziłam. Gdyby mnie tutaj zostawił już następnego ranka Hiniscytoza
przestałaby działać i wszystkich bym zabiła. Później specjaliści pewnie
zabiliby mnie. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że zrobiłam coś nie tak, że
będę musiała przeprosić. To niemożliwe, byłam idealna. Nie mogłam się mylić.
Wyparłam te myśli z głowy i skupiłam na teraźniejszości.
Biegliśmy kilka ulic, po czym wsiedliśmy na
tylne siedzenia czarnego jeepa bez rejestracji.
- Jedź!- Pedro krzyknął do rudej dziewczyny
mniej więcej w jego wieku, która siedziała za kierownicą. Wjechaliśmy w
najbliższą ciemną uliczkę, gdzie towarzysze szybko założyli rejestracje.
Mogliśmy jechać spokojnie.
Przez resztę drogi nikt się nie odezwał. Dopiero,
kiedy zatrzymaliśmy się przy małej drewnianej chatce w środku lasu dziewczyna
powiedziała:
- Chodźcie, przenocuje was kilka dni.
- Rano już nas nie będzie.- Oznajmił Pedro.
- Jak wolisz.
Spojrzał na mnie.
- Sam wejdź do środka, my musimy porozmawiać.
Kiwnęła głową.
Sam, więc tak miała na imię.
Kiedy weszła do środka oparłam się o drzewo
i spuściłam wzrok. Wiedziałam, że będzie afera.
- Co ci strzeliło do głowy?- Zapytał, nie
krzyczał.
Nie odpowiadałam.
- Dobrze wiesz co by się stało, gdybyś z
nimi pojechała.
- Wiem…
- Zawiodłem się na tobie. Wiedziałem, że
jesteś rozpieszczona, ale łudziłem się, że cię zmienię. Myślałem, że coś nas
łączy. Myliłem się. Jesteś skrajnie nieodpowiedzialna. Przyzwyczajona, że każdy
wyciąga cię z opresji. Nie potrafisz wziąć odpowiedzialności za swoje czyny.
- Mogłeś mnie tam zostawić. Dałabym sobie
radę.
Odwrócił się. Stał zupełnie nieruchomo,
jakby szukał jakiejś sensownej przyczyny dla, której mnie uratował.
- Wejdź do środka. Sam da ci ubrania.
Tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Czułam,
że nadal mu na mnie zależy.
Wykonałam polecenie. W środku wstrzyknęłam
sobie Heniscytozę (coraz bardziej się do tego przyzwyczajałam), zjadłam kolację
i położyłam się spać.
Rano obudził mnie Pedro.
- Musimy jechać.
W jego głosie nie było nawet cienia troski.
Był oziębły i nieprzystępny. Zrobiłam się smutna. Już tak niewiele brakowało,
żebyśmy byli razem, a teraz przez mój mały błąd wszystko się popsuło.
Umyłam się i ubrałam, a potem ruszyliśmy do
samochodu. Mój towarzysz był tak naburmuszony, że nie pożegnał się nawet z Sam,
która tak gościnnie nas przyjęła.
Trzy godziny drogi przeminęły bez słowa.
Siedziałam i obserwowałam widok za oknem. Następne pięć godzin spałam, później
zrobiliśmy sobie postój, żeby coś zjeść i w moim przypadku skorzystać z
łazienki.
W końcu nasza podróż dobiegła końca.
Zaparkowaliśmy w jakimś podziemnym parkingu i
weszliśmy do dużej, murowanej kopuły.
- Witamy w jedenastce!- Niewysoki mężczyzna
o blond włosach, mniej więcej w moim wieku rozłożył ręce.- Słyszałem, że
mieliście pewne komplikacje, ale dobrze, że już jesteście.
Pedro minął go bez słowa. Widząc, że ja
przystanęłam krzyknął:
- Chodź! Nie zwracaj uwagi na tego pajaca.
- No co ty, stary?- Chłopak złapał go za
ramię i szarpnął w swoją stronę. Rozzłoszczony przeze mnie Pedro przerzucił go
przez ramię. Mężczyzna uderzył głową o murowaną podłogę. Zaczął lekko krwawić.
Zatrzymałam się. Chciałam spytać czy nic mu nie jest, ale towarzysz chwycił
mnie za rękę i zaprowadził do małego pokoju.
Ściany pokryte były białą farbą, a podłoga
brązowymi panelami. Na środku stało jednoosobowe łóżko, obok niego mała szafka.
Były jeszcze drzwi prowadzące do łazienki, którą okalały niebieskie płytki.
Przyzwyczaiłam się, że nie będą mnie już czekały luksusy, ale wielkość tego prysznica
mnie przeraziła. Ledwo bym się w nim zmieściła, a co dopiero dobrze zbudowani
mężczyźni, z którymi miałam tutaj kontakt.
Kiedy zostałam sama rozpakowałam ubrania:
trzy pary bluzek z krótkim rękawem, dwie długie bluzy, jedną parę spodni, buty
(oczywiście wszystko czarne) i poszłam spać. Byłam zmęczona trasą. Marzyłam
tylko o tym, żeby się rozluźnić.
Obudziło mnie rażące miganie czerwonej
lampki nad łóżkiem. (Jakim cudem wcześniej jej nie zauważyłam?) Zwlokłam się na
ziemię i zaczęłam szukać wyłącznika. Niestety nie było go tutaj. Zrezygnowana
wyszłam na korytarz i krzyknęłam:
- Hej! Czy ktoś może wyłączyć to światło?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Wszyscy byli
zajęci pośpiesznym zbieganiem na parter. Może powinnam się zapytać o co chodzi,
ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze, że alarm został wyłączony.
Powróciłam do snu.
Stałam nad przepaścią. Moje ręce całe były w
krwi. Na dole leżało ciało Oli. Zaczęłam schodzić ze skarpy. Już miałam do niej
podbiec, kiedy zobaczyłam Pedro. Nachylił się nad nią i wbił jej nóż prosto w
serce. Upadłam na kolana i zaczęłam krzyczeć. Ktoś złapał mnie za ramię;
morderca.
- Tak musiało się stać.- Powiedział.
Wyszarpnęłam się. Podeszła do mnie Ola,
nadal z wbitym ostrzem.
- Tak musiało być.
Zakręciło mi się w głowie, ciągle słyszałam:
- Tak musiało być, tak musiało być, tak
musiało być.
- A!- Krzyknęłam.
Rozejrzałam się dookoła. Znowu byłam w
wyznaczonym mi pokoju. Bezpieczna, jednak to zdanie nie dawało mi spokoju.
- Tak musiało być- Szepnęłam.
Dziwne. Co miał z tym wspólnego Pedro?
Koszmar był bardzo realistyczny. Powiedziałabym, że to raczej wizja.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos
otwierających się drzwi.
Do pomieszczenia weszła wysoka, szczupła
kobieta, raczej w starszym wieku w otoczeniu oczywiście Pedro. On był wszędzie.
Zaczynałam się czuć prześladowana. Zwłaszcza, ze mógł mieć coś wspólnego ze
śmiercią mojej siostry.
- Mówiłem, że ją to nie ruszy.- Zwrócił się
do towarzyszki, która kiwnęła głową.
- Witamy u nas panno Rashwall.
- Yyy… Cześć?- Okryłam się kołdrą.
- Słyszałam, że narobiła pani sporo
kłopotów. Będę musiała wyciągnąć z tego konsekwencje.
Parsknęłam śmiechem.
- Jasne, a co ty mi możesz zrobić.
Spojrzałam na jedyną znaną mi twarz. Pedro
pozostał niewzruszony.
-Dużo, wiem z doświadczenia.- Wtrącił.
Nasze oczy się spotkały. Zobaczyłam scenę ze
snu. Znowu byłam przerażona.
- Tak musiało być.- Powtarzała Ola.
Mężczyzna, któremu niegdyś ufałam stanął za nią i powiedział to samo.
Nagle poczułam coś w rodzaju porządnego
uderzenia w twarz. Nie czułam bólu, ale wróciłam do teraźniejszości. Udało mi
się z tego wyrwać.
Pedro też musiał to poczuć. Spojrzał na mnie
i wyszedł.
Nie wiedziałam o co chodzi, on naprawdę
musiał jej coś zrobić. Dlaczego właśnie on? Dlaczego mężczyzna, którego
kochałam?
Roztrzęsiona usiadłam na łóżku.
- Ale co się stało?- Zapytała kobieta.
Widząc mój wyraz twarzy otworzyła drzwi i
wyszła.
Znowu zaczęłam się część. Miałam rozmazany
obraz. Kręciło mi się w głowie. Odwinęłam bandaże z rąk i rozdrapałam stare
rany. Niedostatecznie mocno czułam ból.
Pobiegłam do łazienki. Pod prysznicem byłam
maszynka do golenia. Wzięłam ją i zaczęłam się ciąć.
- Co ja robię?- Pomyślałam.
Odbija mi. Jeszcze trochę i skończę w
szpitalu psychiatrycznym.
- Nigdy więcej!- Powiedziałam.
Rzuciłam maszynkę, obmyłam ręce i ponownie
założyłam opatrunki. Trochę przemakały, ale teraz chciałam tylko jednego:
znaleźć Pedro.
Wyszłam na korytarz. Tam zaczepił mnie ten
sam chłopak, który powitał tutaj po przyjeździe.
- Hej! Czemu nie przyszłaś na zebranie? W
twoim pokoju nie pokazał się alarm.
Wyminęłam go i kontynuowałam poszukiwania.
Więc to o to chodziło z tym światłem.
Po pół godzinnych poszukiwaniach
zrezygnowana wyszłam na duży taras. Oparłam się o barierkę i zakryłam twarz
dłońmi.
- Melisa…
Usłyszałam głos, nade mną stał Pedro.
Niesamowite, jak łatwo mnie znalazł. Ja
szukałam go ponad pół godziny i nic. Z nim naprawdę było coś nie tak.
Usiadł obok mnie.
- Musimy porozmawiać.- Powiedziałam.
- Wiem.
Spuścił głowę.
- Znałaś ją…
- Tak, to moja siostra- Spojrzałam na niego-
O co chodzi?
Widziałam
go już zdenerwowanego, ale nigdy smutnego. Jego twarz wyrażała potężne
cierpienie.
Westchnął..
- Zabiłem ją…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz