niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 8

Prawda bywa bolesna
Obudziłam się ponownie na samolotowym siedzeniu. Byłam  przykryta czarnym płaszczem. Ręce miałam dokładnie zabandażowane. Na stoliku przede mną stała butelka wody i czekoladowe ciastka. Miałam zamiar zaczęć jeść, ale zauważyłam, że Pedro gdzieś zniknął. Czekałam pięć, dziesięć minut, nie przychodził. Zaniepokoiłam się. Obeszłam dokładnie cały samolot, nigdzie go nie było.
 Usłyszałam podniesione głosy w kabinie pilotów i szybko tam pobiegłam. Miałam przeczucie, że usłyszałam moją zgubę. Nie myliłam się. Towarzysz stał  przy ścianie i toczył ostrą wymianę zdań z pilotami. Stewardesy próbowały go wyprowadzić, ale nie dawał za wygraną.
- O co chodzi?- Zapytałam.
Na mój głos wszyscy zamilkli i obrzucili mnie dwuznacznymi spojrzeniami.
- Nic, wracaj na miejsce.- Powiedział w końcu Pedro.
- Chcę wiedzieć co się dzieje.- Tupnęłam nogą i twardo stanęłam w miejscu. Nie zamierzałam się ruszać.
Jęknął.
- W Paryżu na lotnisku sama wiesz kto zaatakowali.
- I co?
- Próbuję im wytłumaczyć, że nie mogą awaryjnie lądować w Polsce. Za godzinę musimy być na spotkaniu.
- Nie mogę narażać pasażerów na niebezpieczeństwo. Lądujemy.- Odezwał się jeden z pilotów.
- To zrozumiałe.- Kiwnęłam głową. Uważałam, że mówił sensownie. Ja też nie byłam za narażaniem się na śmierć tylko po to, żeby być punktualnie.
- Melisa…- Jęknął Pedro.
- Chodź, nic nie poradzisz.
Wzięłam go za rękę  i zaprowadziłam do naszego przedziału. Po tym jak odzyskałam nad sobą panowanie poczułam się pewniej. Chciałam przejąć pałeczkę. Nie mogłam mu pokazać, że może mną sterować jak marionetką. Byłam silna i niezależna. Musiał w końcu to zrozumieć, a ostatnie wydarzenia pokazywały zupełnie co innego. Samookaleczenie to był mój sposób na powrót do równowagi. On na pewno pomyślał, że jestem niedorozwinięta emocjonalnie i nie radzę sobie z uczuciami. To nie prawda, sama dobrze sobie radziłam, a dzięki temu racjonalnie myślałam i wychodziłam z każdej opresji.
- W jedenastce wszyscy na nas czekają.- Odezwał się, kiedy usiedliśmy.
- Trudno. Poczekają kilka godzin dłużej.
- To nie jest tak. Żaden samolot nie będzie kursował do Francji. Czeka nas dwunastogodzinna jazda busem.
Dwanaście godzin sam na sam z chłopakiem, w którym byłam zakochana. Nie przeszkadzałoby mi to. Jedyny problem stanowili pozostali podróżnicy. Wolałabym, żebyśmy pojechali całkowicie sam na sam. Wtedy kto wie co by się stało.
Reszta lotu przeminęła bez słowa. Na lotnisku nawet przez chwilę nie mogłam usiąść. Śpieszyliśmy się na nasz jedyny transport.
W środku zajęliśmy tylne miejsca obok siebie. Przed nami było tylko kilka osób, więc nie widziałem przeszkody, żebyśmy zaczęli się całować. Mój romantyzm przyćmiło obskurne wnętrze pojazdu. Wytarta, brązowa skóra i mnóstwo głupawych zawieszek podoczepianych na okna. Na dodatek w środku roznosił się zapach smażonego mięsa. Myślałam, że zwymiotuje, nie mogłam jednak pozwolić sobie na to w towarzystwie Pedro. Starałam się nie okazywać obrzydzenia. Pierwszy raz w życiu jechałam czymś takim.
Po godzinie, kiedy między nami nic się nie wydarzyło, a jakiś grubas zaczął jeść obiad, którego ohydny zapach roznosił się wszędzie nie wytrzymałam. Wstałam i krzyknęłam:
- Naprawdę?! Nie dość, że wygląda tu jak w chlewie, to jeszcze musi się pan obżerać przy wszystkich? Teraz śmierdzi tu jeszcze bardziej!
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Siadaj.- Syknął mój towarzysz i złapał mnie za rękę.
- Zostaw mnie!- Wyrwałam się.- Chcę wrócić do siebie! Chce wszędzie jeździć z moim kamerdynerem samochodami za kilka milionów! Ludzie ratujcie, oni mnie porwali. Nie pozwalają zobaczyć się z rodziną i wstrzykują jakąś dziwną substancję.
Odsłoniłam ślady po ukłuciach. Tłum się żachnął.
- Melisa!- Pedro szarpnął mnie tak, że poleciałam na siedzenie.
Zauważyłam, że kilku pasażerów wykonało szybki telefon. Mój teraz naburmuszony towarzysz również. Niestety nie mogłam podsłuchać o czym rozmawiał. Mówił po hiszpańsku.

Kilka skrzyżowań dalej pojazd został zatrzymany. Trzech uzbrojonych policjantów wbiegło do środka i próbowało obezwładnić Pedro. Na próżno. Jednym ciosem powalił ich wszystkich. Chwycił mnie w pasie i przerzucił przez ramie. Nie protestowałam. Wiedziałam, że trochę przesadziłam. Gdyby mnie tutaj zostawił już następnego ranka Hiniscytoza przestałaby działać i wszystkich bym zabiła. Później specjaliści pewnie zabiliby mnie. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że zrobiłam coś nie tak, że będę musiała przeprosić. To niemożliwe, byłam idealna. Nie mogłam się mylić. Wyparłam te myśli z głowy i skupiłam na teraźniejszości.
Biegliśmy kilka ulic, po czym wsiedliśmy na tylne siedzenia czarnego jeepa bez rejestracji.
- Jedź!- Pedro krzyknął do rudej dziewczyny mniej więcej w jego wieku, która siedziała za kierownicą. Wjechaliśmy w najbliższą ciemną uliczkę, gdzie towarzysze szybko założyli rejestracje. Mogliśmy jechać spokojnie.

Przez resztę drogi nikt się nie odezwał. Dopiero, kiedy zatrzymaliśmy się przy małej drewnianej chatce w środku lasu dziewczyna powiedziała:
- Chodźcie, przenocuje was kilka dni.
- Rano już nas nie będzie.- Oznajmił Pedro.
- Jak wolisz.
Spojrzał na mnie.
- Sam wejdź do środka, my musimy porozmawiać.
Kiwnęła głową.
Sam, więc tak miała na imię.
Kiedy weszła do środka oparłam się o drzewo i spuściłam wzrok. Wiedziałam, że będzie afera.
- Co ci strzeliło do głowy?- Zapytał, nie krzyczał.
Nie odpowiadałam.
- Dobrze wiesz co by się stało, gdybyś z nimi pojechała.
- Wiem…
- Zawiodłem się na tobie. Wiedziałem, że jesteś rozpieszczona, ale łudziłem się, że cię zmienię. Myślałem, że coś nas łączy. Myliłem się. Jesteś skrajnie nieodpowiedzialna. Przyzwyczajona, że każdy wyciąga cię z opresji. Nie potrafisz wziąć odpowiedzialności za swoje czyny.
- Mogłeś mnie tam zostawić. Dałabym sobie radę.
Odwrócił się. Stał zupełnie nieruchomo, jakby szukał jakiejś sensownej przyczyny dla, której mnie uratował.
- Wejdź do środka. Sam da ci ubrania.
Tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Czułam, że nadal mu na mnie zależy.
Wykonałam polecenie. W środku wstrzyknęłam sobie Heniscytozę (coraz bardziej się do tego przyzwyczajałam), zjadłam kolację i położyłam się spać.

Rano obudził mnie Pedro.
- Musimy jechać.
W jego głosie nie było nawet cienia troski. Był oziębły i nieprzystępny. Zrobiłam się smutna. Już tak niewiele brakowało, żebyśmy byli razem, a teraz przez mój mały błąd wszystko się popsuło.
Umyłam się i ubrałam, a potem ruszyliśmy do samochodu. Mój towarzysz był tak naburmuszony, że nie pożegnał się nawet z Sam, która tak gościnnie nas przyjęła.
Trzy godziny drogi przeminęły bez słowa. Siedziałam i obserwowałam widok za oknem. Następne pięć godzin spałam, później zrobiliśmy sobie postój, żeby coś zjeść i w moim przypadku skorzystać z łazienki.
W końcu nasza podróż dobiegła końca.
 Zaparkowaliśmy w jakimś podziemnym parkingu i weszliśmy do dużej, murowanej kopuły.
- Witamy w jedenastce!- Niewysoki mężczyzna o blond włosach, mniej więcej w moim wieku rozłożył ręce.- Słyszałem, że mieliście pewne komplikacje, ale dobrze, że już jesteście.
Pedro minął go bez słowa. Widząc, że ja przystanęłam krzyknął:
- Chodź! Nie zwracaj uwagi na tego pajaca.
- No co ty, stary?- Chłopak złapał go za ramię i szarpnął w swoją stronę. Rozzłoszczony przeze mnie Pedro przerzucił go przez ramię. Mężczyzna uderzył głową o murowaną podłogę. Zaczął lekko krwawić. Zatrzymałam się. Chciałam spytać czy nic mu nie jest, ale towarzysz chwycił mnie za rękę i zaprowadził do małego pokoju.
 Ściany pokryte były białą farbą, a podłoga brązowymi panelami. Na środku stało jednoosobowe łóżko, obok niego mała szafka. Były jeszcze drzwi prowadzące do łazienki, którą okalały niebieskie płytki. Przyzwyczaiłam się, że nie będą mnie już czekały luksusy, ale wielkość tego prysznica mnie przeraziła. Ledwo bym się w nim zmieściła, a co dopiero dobrze zbudowani mężczyźni, z którymi miałam tutaj kontakt.
Kiedy zostałam sama rozpakowałam ubrania: trzy pary bluzek z krótkim rękawem, dwie długie bluzy, jedną parę spodni, buty (oczywiście wszystko czarne) i poszłam spać. Byłam zmęczona trasą. Marzyłam tylko o tym, żeby się rozluźnić.

Obudziło mnie rażące miganie czerwonej lampki nad łóżkiem. (Jakim cudem wcześniej jej nie zauważyłam?) Zwlokłam się na ziemię i zaczęłam szukać wyłącznika. Niestety nie było go tutaj. Zrezygnowana wyszłam na korytarz i krzyknęłam:
- Hej! Czy ktoś może wyłączyć to światło?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Wszyscy byli zajęci pośpiesznym zbieganiem na parter. Może powinnam się zapytać o co chodzi, ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze, że alarm został wyłączony. Powróciłam do snu.

Stałam nad przepaścią. Moje ręce całe były w krwi. Na dole leżało ciało Oli. Zaczęłam schodzić ze skarpy. Już miałam do niej podbiec, kiedy zobaczyłam Pedro. Nachylił się nad nią i wbił jej nóż prosto w serce. Upadłam na kolana i zaczęłam krzyczeć. Ktoś złapał mnie za ramię; morderca.
- Tak musiało się stać.- Powiedział.
Wyszarpnęłam się. Podeszła do mnie Ola, nadal z wbitym ostrzem.
- Tak musiało być.
Zakręciło mi się w głowie, ciągle słyszałam:
- Tak musiało być, tak musiało być, tak musiało być.

- A!- Krzyknęłam.
Rozejrzałam się dookoła. Znowu byłam w wyznaczonym mi pokoju. Bezpieczna, jednak to zdanie nie dawało mi spokoju.
- Tak musiało być- Szepnęłam.
Dziwne. Co miał z tym wspólnego Pedro? Koszmar był bardzo realistyczny. Powiedziałabym, że to raczej wizja.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos otwierających się drzwi.
Do pomieszczenia weszła wysoka, szczupła kobieta, raczej w starszym wieku w otoczeniu oczywiście Pedro. On był wszędzie. Zaczynałam się czuć prześladowana. Zwłaszcza, ze mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią mojej siostry.
- Mówiłem, że ją to nie ruszy.- Zwrócił się do towarzyszki, która kiwnęła głową.
- Witamy u nas panno Rashwall.
- Yyy… Cześć?- Okryłam się kołdrą.
- Słyszałam, że narobiła pani sporo kłopotów. Będę musiała wyciągnąć z tego konsekwencje.
Parsknęłam śmiechem.
- Jasne, a co ty mi możesz zrobić.
Spojrzałam na jedyną znaną mi twarz. Pedro pozostał niewzruszony.
-Dużo, wiem z doświadczenia.- Wtrącił.
Nasze oczy się spotkały. Zobaczyłam scenę ze snu. Znowu byłam przerażona.
- Tak musiało być.- Powtarzała Ola. Mężczyzna, któremu niegdyś ufałam stanął za nią i powiedział to samo.
Nagle poczułam coś w rodzaju porządnego uderzenia w twarz. Nie czułam bólu, ale wróciłam do teraźniejszości. Udało mi się z tego wyrwać.
Pedro też musiał to poczuć. Spojrzał na mnie i wyszedł.
Nie wiedziałam o co chodzi, on naprawdę musiał jej coś zrobić. Dlaczego właśnie on? Dlaczego mężczyzna, którego kochałam?
Roztrzęsiona usiadłam na łóżku.
- Ale co się stało?- Zapytała kobieta.
Widząc mój wyraz twarzy otworzyła drzwi i wyszła.
Znowu zaczęłam się część. Miałam rozmazany obraz. Kręciło mi się w głowie. Odwinęłam bandaże z rąk i rozdrapałam stare rany. Niedostatecznie mocno czułam ból.
Pobiegłam do łazienki. Pod prysznicem byłam maszynka do golenia. Wzięłam ją i zaczęłam się ciąć.
- Co ja robię?- Pomyślałam.
Odbija mi. Jeszcze trochę i skończę w szpitalu psychiatrycznym.
- Nigdy więcej!- Powiedziałam.
 Rzuciłam maszynkę, obmyłam ręce i ponownie założyłam opatrunki. Trochę przemakały, ale teraz chciałam tylko jednego: znaleźć Pedro.
Wyszłam na korytarz. Tam zaczepił mnie ten sam chłopak, który powitał tutaj po przyjeździe.
- Hej! Czemu nie przyszłaś na zebranie? W twoim pokoju nie pokazał się alarm.
Wyminęłam go i kontynuowałam poszukiwania.
Więc to o to chodziło z tym światłem.

Po pół godzinnych poszukiwaniach zrezygnowana wyszłam na duży taras. Oparłam się o barierkę i zakryłam twarz dłońmi.
- Melisa…
Usłyszałam głos, nade mną stał Pedro.
Niesamowite, jak łatwo mnie znalazł. Ja szukałam go ponad pół godziny i nic. Z nim naprawdę było coś nie tak.
Usiadł obok mnie.
- Musimy porozmawiać.- Powiedziałam.
- Wiem.
Spuścił głowę.
- Znałaś ją…
- Tak, to moja siostra- Spojrzałam na niego- O co chodzi?
 Widziałam go już zdenerwowanego, ale nigdy smutnego. Jego twarz wyrażała potężne cierpienie.
Westchnął..

- Zabiłem ją…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz