niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 4

Serdecznie witamy

Następnego ranka znowu obudziłam się w nieznanym mi miejscu. Tym razem bardziej przytulnym. Ściany pokryte były białą farbą, a podłoga jasnymi panelami. Pod ścianą na wprost metalowych drzwi stało duże, wysokie, jasne łóżko. Na biurku opok był laptop. Całą przeciwległą ścianę zajmowała oszklona szafa. W środku były już ubrania. Tylko czarne bluzki, swetry, długie spódnice i spodnie. Stało  też kilka par butów na każdą porę roku. Pokój był ładny, co nie zmienia faktu, że w moim domu dokładnie tej wielkości była garderoba pełna kolorowych ubrań po kilka tysięcy za sztukę.
Przejrzałam cały pokój, ale nigdzie nie mogłam znaleźć żadnych kosmetyków. Nie było nawet pudru. Załamana usiadłam na łóżku. W tym miejscu miałam spędzić resztę życia? I to wszystko przez głupi wypadek, przez to, że chciałam pójść na imprezę? To było niesprawiedliwe. Miliony nastolatek robiły gorsze rzeczy niż jazda po pijaku, a to ja musiałam się zmienić w zombie. Te fakty mnie dobiły. Postanowiłam nie wychodzić dzisiaj z łóżka. Wślizgnęłam się pod kołdrę i już miałam zamiar zacząć płakać, kiedy moją uwagę przykuło szare pudełko na szafce nocnej. Otworzyłam je. W środku była strzykawka z czerwonym płynem i list, który zawierał jedno zdanie:
Wbij sobie w żyłę, kiedy się obudzisz.
Podciągnęłam rękaw sukienki i wykonałam polecenie. Moje ciało przeszyła zimna fala.
- Witamy w Tarmonts, panno Rashwall.
Przed drzwiami stanął rudowłosy mężczyzna. Kilka lat starszy ode mnie, ubrany na czarno. Widać taki był tutaj zwyczaj. Jego spojrzenie ciemnych oczu przyprawiało mnie o mdłości. W Tansweer (mieście, w którym mieszkałam) po ulicach chodzili sami przystojniacy. Odzwyczaiłam się od takiego widoku. Jego wizerunek wydał mi się w tedy nieistotny. Bardziej obchodziło mnie z kąt znał moje nazwisko.
- Nie umiesz pukać?!
Uśmiechnął się.
- Jesteś moim kamerdynerem? Nareszcie, musisz kupić mi jakieś inne ubrania. Te są okropne. Żądam też telewizora i pokojówki i…
- Nie będę ci usługiwał.- Odezwał się w końcu spokojnym, stonowanym głosem.- Spędzisz tutaj wieczność, więc lepiej się przyzwyczajaj. Nikt nie będzie cię prowadził za rękę.
- Nienawidzę tego miejsca!
- Nauczysz się tu samoobrony, samokontroli i dowiesz się dokładnie kim jesteś.
- Nie chcę tego słuchać. Wyjdź z tond!
- Ubieraj się. Za chwilę zaczynasz trening.
Kompletnie zlekceważył co do niego powiedziałam. Przez takich jak on zaczynałam mieć myśli samobójcze, o ile było to w ogóle możliwe. Nikt mi nie powiedział czy kiedyś umrę. To byłby koszmar. Nie chciałam tu być nawet kilka dni, a co dopiero całą wieczność.
- Nigdzie nie pójdę dopóki nie dostanę pudru, podkładu, brązowego cienia i tuszu do rzęs.
Mężczyzna zaczął zmierzać w moim kierunku. Rzuciłam w niego poduszką.
- Wyjdź!
Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.
- Twój trening zaraz się zaczyna. Włóż to.- Wyjął z szafy legginsy do kolan, czarny T-shirt i sportowe buty.
 Wyglądałabym w tym jak czarna wdowa. Nie do pomyślenia. Wolałam już zostać w mojej sukience z imprezy Mii.
Wyrwałam się i zaczęłam szukać okna. Chciałam wyskoczyć. Niestety dopiero zauważyłam, że nigdzie tutaj go nie było. Plan który obmyśliłam runął.
- Za pięć minut tu przyjdę. Masz być gotowa i nie próbuj uciekać.- Wyszedł.
Zrozumiałam, że nie wygram. Był ode mnie silniejszy. Nie bałam się go, ale chciałam pozostać bez jakichkolwiek siniaków. Przebrałam się i ponownie zrobiłam koka. Jedynym problemem był brak makijażu.
Poszliśmy do Sali treningowej. Tak przynajmniej była opisana na drzwiach.  Dla mnie wyglądała jak średniowieczna sala tortur. Miecze, karabiny, pistolety, łuki i wiele, wiele innych tego typu sprzętów. Przerażające.
 Na środku jakiś mężczyzna strzelał do manekinów. Za każdym razem trafiał idealnie w punkt.
- Przyprowadziłem ją- Powiedział mój towarzysz.
Nieznajomy się odwrócił. Był wysoki i dobrze zbudowany. Miał błyszczącą, czarną czuprynę i ciemne oczy. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, kiedy go zobaczyłam zaniemówiłam. Był najprzystojniejszy chłopakiem jakiego kiedykolwiek widziałam. Nie ważne, że trochę starszym.
- Jestem Pedro.
- Ja Melisa.
- Ustaw się.
Bez zbędnych ceregieli złapał mnie w pasie i pokazał jaką mam przyjąć pozycję. Potem podał mi do ręki srebrny miecz.
- I to tyle? Wczoraj zmieniłam się w potwora, a ty nie jesteś łaskaw mi nic wyjaśnić?
Zignorował mnie. Podbiegł do pierwszego manekina i rozciął go na pół.
- Teraz ty.
Byłam zdezorientowana. Wszyscy tutaj byli oschli i nieprzyjemni, jak… ja.
Postarałam się zrobić to jak najlepiej i wykonałam ten sam ruch.
- Źle. Spróbuj jeszcze raz.
- Co?
- Spróbuj jeszcze raz.
Z trudem powstrzymałam się od wybuchu agresji i powtórzyłam ćwiczenie. Niewiarygodne, że ktoś tak przystojny potrafił mnie zdenerwować w zaledwie dwie minuty.
- I jak było teraz?
Milczał. Stał nonszalancko oparty o ścianę ze skrzyżowanymi ramiona na piersi.
- Źle, jeszcze raz.
Nie wytrzymałam. Zawsze to ja wydawałam polecenia, a teraz miałam się słuchać jakiegoś pozera, który uważał się za ósmy cud świata? Nie. Nie bałam się go. Mimo, że przewyższał mnie o jakieś trzydzieści centymetrów. Nikogo się nie bałam.
- Za kogo ty się uważasz?! Nie będę wykonywała twoich rozkazów! Nie jestem jakąś tam dziewczyną. Jestem spadkobierczynią milionów. To raczej ty powinieneś słuchać mnie.
Chwyciłam za klamkę od drzwi i chciałam stąd wyjść, ale Pedro zagrodził mi drogę.
- Ja miałbym cię słuchać?- Na jego twarzy malował się uśmiech.- Spędzisz tutaj resztę życia, lepiej przyzwyczaj się do panujących warunków.  Nikt nie będzie cię zmuszał do treningów, ale jeśli cię zaatakują nie będziesz miała szans.
- Świetnie- Wyminęłam go i wyszłam. Zapamiętałam drogę do swojego pokoju i wróciłam tam bez problemu. Usiadłam przy biurku i zaczęłam tworzyć plan ucieczki. Niestety nie udało mi się to. Zupełnie nie znałam tego budynku. Nie wiedziałam nawet gdzie jest wyjście. Postanowiłam improwizować. Kiedy zobaczyłam, że nikogo nie ma na korytarzu wymknęłam się. Zaczęłam błądzić po piętrach. Po pięciu piętrach, aż w końcu znalazłam drzwi do wolności. Miałam zamiar uciec stąd jak najdalej. Chciałam odszukać rodzinę. Oni na pewno poradziliby coś na to kim się stałam. Wyleczyliby mnie. Wynajęliby najlepszych lekarzy, przecież było ich na to stać. Zupełnie zamyślona wpadłam na kogoś. Zachwiałam się i miałam upaść, ale mnie złapał. Pedro, znowu.
- Nie wolno ci opuszczać koloni.
- Mam to gdzieś, wszyscy mnie szukają. Wczoraj zniknęłam bez śladu.
- To nie było wczoraj. Zmieniałaś się przez rok. Wszyscy myślą, że nie żyjesz i tak byliśmy zdumieni, że tak szybko odzyskałaś przytomność. Zwykle zajmuje to około dziesięciu lat.- Wciąż mnie trzymał.
- Ile tobie to zajęło?
- Chodź, doktor Vinterdows chce cię widzieć.
Widząc moją zniesmaczoną minę dodał:
- Opowiem ci po drodze.
Zgodziłam się. Nie było sensu dalej stawiać oporu. I tak ,i tak pewnie by mnie tam zaciągnęli siłą.
- Więc?- Spytałam w drodze do gabinetu.
- Więc zmieniałem się osiem lat.
- Tobą też się wtedy zaciekawili. W końcu przeskoczyłeś dwa lata.
- Tak, przywieźli mnie tutaj. Nasza kolonia zajmuje się głównie badaniem takich przypadków. Naukowcy mają nadzieje, że może kiedyś uda im się przyspieszyć ten proces.
- Od kiedy tu jesteś?
- sześćdziesiąt lat.
- Tak długo trzymają cię na badaniach?
- Nie. Zostałem tu z własnej woli. Kiedy zamordowano przywódcę strefy dwanaście zaproponowano mi, żebym go zastąpił.
- Strefa dwanaście?
- Miejsca w, których przebywamy mają nadane numery. My jesteśmy w dwunastce.
- Rozumiem
Przez  chwilę szliśmy w milczeniu, ale jedno pytanie natarczywie cisnęło mi się na usta.
- Ile tak właściwie masz lat?- Wypaliłam w końcu
- Teraz osiemdziesiąt pięć, a kiedy technicznie zginąłem dwadzieścia pięć.
- Ja mam siedemnaście.
Było między nami osiem lat różnicy, ale ten fakt nie zniechęcił mnie do niego. Przeciwnie, on znał życie w tym ciele. Mógł mnie wiele nauczyć.
- Ostatnie pytanie: czyli jesteśmy nieśmiertelni?
- Najstarszy pół śmiercionosiciel ma tysiąc lat. Owszem możemy żyć całą wieczność, ale polują na nas. Jeśli przebiją ci serce złotym sztyletem lub odetną głowę i spalą zmienisz się w proch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz