niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 9

Sztuką jest rozpoznać wroga
- Co?!- Krzyknęłam.
Gwałtownie wstałam. Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie usłyszałam. Byłam w szoku. Poczułam potężne kłucie w klatce piersiowej. Oparłam się o barierkę. Ledwo trzymałam się na nogach. Spojrzałam na ręce; bandaże były już całe mokre. Zasłoniłam je  bluzą. W tej chwili obchodziła mnie tylko jego kolejna wypowiedź.
- To nie tak jak myślisz…- Złapał mnie za ramię.
Wyrwałam się i stanęłam tyłem. Nie chciałam, żeby zobaczył moje łzy. Wspomnienie tamtego dnia i świadomość, że zaufałam komuś kto zabił najbliższą mi osobę rozbiła mnie.
- Więc jak?
- To była samoobrona. Zaatakowała naszą kolonię razem z innymi. Nie zostawiła mi wyboru.
- Kim byli ci „inni”?
- Śmiercionosiciele.
- Ola była zombie?- Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Tak, chciała mnie zabić. Co miałem zrobić?
Miał rację. Gdyby mnie zaatakowali zabiłabym wszystkich. Rozumiałam go, więc dlaczego nadal odczuwałam żal? Powinnam obwiniać siebie, to przeze mnie ją zmienili. Była bezbronna, kiedy pożerali jej mózg.
- Mogłeś uciekać! Była małą dziewczynką, dałbyś sobie radę. Dla ciebie to tylko kolejny niebezpieczny potwór, którego musiałeś zlikwidować. Dla mnie siostra.- Postąpiłam niesprawiedliwie. Wiedziałam, że się tym przejmował, a mimo to musiałam wyładować na nim emocje. Nie potrafiłam inaczej. Zawsze na kimś się wyżywałam.- Nie odczuwasz nawet wyrzutów sumienia.
Skłamałam. Widać było, że naprawdę się tym przejmował. Pewnie pierwszy raz pozbawił życia kogoś tak młodego.
- Mylisz się. Tak, likwidowałem wielu śmiercionosicieli, ale ta dziewczynka wydała mi się inna. Dostrzegłem w jej oczach płomyk uczuć. Próbowała z tym walczyć, ale ostatecznie przegrała. Górę wzięła ciemna strona.- Łagodnie złapał moje ręce. Zmarszczył brwi.- Znowu to zrobiłaś.
Nie odpowiedziałam.
- Kiedy wiedziała, że to koniec powiedziała: przepraszam.- Spojrzał mi prosto w oczy.
Nie wiem dlaczego, ale łzy same napłynęły mi do oczu. Nie były to, jednak łzy smutku. Raczej radości, a może niezrozumienia.
- Przytul mnie.- Wyszeptałam.
Spojrzał zdziwiony, ale zrobił to. Postanowiłam spróbować w inny sposób wyładować emocje i spodobało mi się. Poczułam falę ciepła. Wdychałam teraz jego zapach wody pogoleniu. Było mi dobrze, czułam się bezpieczna
Pedro odprowadził mnie do pokoju i zmienił opatrunki, a sam pojechał z innymi do dwunastki po potrzebne rzeczy. Zapowiedział, że wróci za dwa dni. Zaniepokoiło mnie to, nie znałam tu nikogo. Postanowiłam przespać się z tym wszystkim.

Następnego ranka obudziłam  jak zwykle w południe. Śniadanie już na mnie czekało. Niestety Heniscytoza też. Niechętnie wstrzyknęłam sobie odpowiednią dawkę i zjadłam za twarde tosty z serem. Czasami miałam ochotę pójść do tych kucharek i im wygarnąć, ale nie wiedziałam nawet jak dojść do kuchni.
Ubrana i uczesana postanowiłam przejść się po budynku. Najwyższa pora z kimś się zaprzyjaźnić. Nie mogłam całymi dniami siedzieć sama jak jakiś odludek.
Na parterze zobaczyłam otwarte drzwi na ogród. Chciałam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Dawno tego nie robiłam. Nie miałam zamiaru uciekać, nie w obecnej sytuacji. Najpierw musiałam mieć starannie dograny plan, a  na razie pogodziłam się z obecną sytuacją.
Wybiegłam, zakręciłam się wokół własnej osi. Nareszcie ujrzałam światło, otwartą przestrzeń. Zwykle nie lubiłam przebywać na dworze, ale teraz sprawiało mi to przyjemność. Rozłożyłam się na trawie i zamknęłam oczy.
- Proszę, proszę. Słyszałem, że przywieźli nam tu nową piękność, ale nie spodziewałem się takiego efektu.
Obok drzwi nonszalancko oparty o ścianę stał młody, jasnowłosy mężczyzna.  Wzrostem nieco niższy od Pedro. Jego jasnoniebieskie oczy idealnie kontrastowały z ciemną karnacją i muskularnym ciałem.
- Hej!- Uśmiechnęłam się do niego.
Miałam ochotę zrelaksować się i chwilę poflirtować. Wydawało mi się, że patrzył na mnie z takim samym zamiarem.
Chłopak rzucił na ziemię niedopalonego papierosa i przydepnął butem. Potem usiadł koło mnie.
- Jestem Will.
- Melisa.
- Kto jest twoim opiekunem? Widziałem, że chodzisz sama.- Położył się.
- Nie wiem, chyba Pedro.
- Ach, on. Jakoś wytrzymujesz?
- Tak, nie jest taki zły.- Spojrzałam na niego. Zdziwiła mnie jego wyraźna niechęć.
- Możliwe, ja długo z nim nie wytrzymałem.- Wzruszył ramionami.
- Tobą też się zajmował?- Położyłam się obok niego. Miałam ochotę dokończyć tę rozmowę.
- No, ale tylko kilka tygodni. Miałem go dosyć.
- Co się miedzy wami wydarzyło?- Zaciekawiłam się.
- Spytaj Pedro. Jego odpowiedź będzie różna od mojej.
Nie ciągnęłam tematu. Zauważyłam, że nie chciał o tym mówić.
- Ile masz lat?
Zadałam niegrzeczne pytanie, które od samego początku cisnęło mi się na usta.
Zaśmiał się.
- A na ile wyglądam?
Wzruszyłam ramionami.
- Dwadzieścia, a dokładniej czterdzieści pięć.- Powiedział
- Sporo już w tym tkwisz.
- Jakoś daję radę.
Jeszcze jedno pytanie nie dawało mi spokoju.
- Utrzymujesz kontakt z rodziną?
- Nie.- Wyraźnie posmutniał.
- Dlaczego?- Obróciłam się w jego stronę.
- Nie mówili ci?
- Czego?
- Oczywiście, mogłem się spodziewać. Prawie połowa naszego społeczeństwa nie może zbliżać się do swoich krewnych. Ich mózgi wydają się nam niepowstrzymanie kuszące. Nie jesteśmy w stanie się opanować.- Spojrzał w niebo. Zauważyłam, że nie lubił się zwierzać. Unikał wtedy wzroku, był speszony. Rozmawiał ze mną o tym, żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Chyba liczył na mały romans. Szczerze mówiąc może po kilku tygodniach znajomości dałabym się namówić.
-Co w nich takiego wyjątkowego?- Wróciłam do tematu.
- Mają wspomnienia. Wspomnienia, o których większość z nas już zapomniała zawalona przykrą teraźniejszością.
Zdołował mnie. Było spore prawdopodobieństwo, że już nigdy nie wrócę do normalnego życia. Ogromna szkoda, przecież gdybym wróciła po roku nieobecności rodzice na pewno znów zaczęliby się mną interesować. Gdyby wiedzieli, że mogą mnie w każdej chwili stracić nie byliby już chłodni i obojętni.
- O północy urządzam potajemną imprezę. Przyjdź, zabawimy się.
Zabawa? Nie słyszałam tego od czasu wypadku. Pomyślałam, że to idealna okazja, żeby odreagować nieprzyjemne wydarzenia. Chociażby świadomość, że mój opiekun zabił moją siostrę.
- Jasne.
- Pokój sto piętnaście, drugie piętro. Nie spóźnij się, już nie mogę się doczekać.- To powiedziawszy odszedł.
Wróciłam do pokoju i zaczęłam planować jak pójdę ubrana. Z przykrością zauważyłam, że nie mam żadnych odpowiednich ubrań. Sukienka z urodzin Mii była już nieświeża. Owszem, miałam w łazience pralkę, ale nie umiałam jej obsługiwać. Postanowiłam interweniować.
Zeszłam na parter i bez pukania wkroczyłam do pomieszczenia podpisanego: sala konferencyjna. Prawdę mówiąc wybrałam je, bo usłyszałam  dobiegające z niego głosy. Napięta wymiana zdań co najmniej pięciu osób.
Nie myliłam się w środku dookoła wielkiego, drewnianego stołu siedziało osiem osób. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Chcę pojechać na zakupy!- Powiedziałam.
- To wykluczone. Ma pani wszystkie potrzebne rzeczy.- Odpowiedziała starsza kobieta siedząca na samym środku. To ta sama, która odwiedziła mnie z Pedro. Wyszła, kiedy wyczuła napiętą atmosferę.
-  Nie prawda. Ubrania są za małe.
- Nie możliwe. Zapewniono mnie, że będą pasować.
- A tobie nigdy nie zdarzyło się przytyć? Tylko w to udało mi się wcisnąć.- Wskazałam ręką bluzkę i legginsy.
Skłamałam. Wszystko pasowało idealnie. Na szczęście nikt nie zauważył, że bluzkę spięłam agrafką. Dzięki temu wydawała się bardzo opięta, niemal pękająca w szwach.
- Oczywiście, zaraz karzę kupić nowe.- Spojrzała na swoich towarzyszy. Wszyscy unikali jej wzroku. Widać szukała ochotnika.
- Nie. Sama wiem co będzie dobre. Nie ma o co się martwić. Pamiętam, że muszą to być czarne ubrania. Tylko nie rozumiem czemu.
- Nie zwracają na siebie uwagi i mylą śmiercionosicieli. Duża ilość ciemnych kolorów przyprawia je o zawrót głowy.
- Rozumiem. Więc mogę pojechać?- Spojrzałam błagalnym wzrokiem.
- Dobrze, strażnik Montoya panią zawiezie.
- Kto?
- Pedro Montoya.
Więc tak się nazywał. Przyznam, że nie raz mnie to ciekawiło, ale jeszcze nie znalazłam okazji, żeby zapytać.
- Nie ma go. Będzie jutro.
- Ach tak, zapomniałam. W takim razie pan Magellan.- Wskazała ręką ciemnowłosego mężczyznę w średnim wieku.
- Oczywiście.- Powiedział.

Podróż granatowym mercedesem zajęłam nam około godziny. Na miejscu towarzysz powiedział:
- Masz do dyspozycji trzysta euro miesięcznie.
Jęknęłam. Za taką kwotę nie mogłam nawet poważyć o ślicznej sukience i modnych pantoflach.
O dziwo były tutaj przyzwoite towary w niskich cenach. Ludzie, z którymi miałam do czynienia byli z niższych sfer i na pewno nie zwrócą uwagi, że nie założę markowych ciuchów.
W jednym z butików znalazłam piękną sukienkę. Cała czarna, z dużym dekoltem. Podkreślająca moje kształty, rozcięta na prawej nodze. Oczywiście przed kolana. Bardzo wyzywająca i seksowna. Dokładnie taka jakiej szukałam.
- Sukienka? Myślałem, że żadne ubranie na ciebie nie pasuje.- Powiedział Magellan w kolejce do kasy.
Uśmiechnęłam się do niego.
- To będzie nasza mała tajemnica. Jak również i to, że zabrałeś temu mężczyźnie portfel.- Wskazałam ręką starszego pana przed nami.
Towarzysz zrobił zdziwioną minę.
- O czym ty mówisz?
- Myślisz, że jeśli tak powiem to nie wyciągną konsekwencji? A może dorzucę jeszcze, że mnie uderzyłeś. Albo lepiej molestowałeś.
- Zgoda, zgoda. Nic nie powiem.
Tak właśnie załatwiałam interesy: drobnym szantażem i kłamstwem.

Następnie weszliśmy do sklepu z butami, gdzie kupiłam sobie zgrabne, wysokie koturny.
- Na imprezie Willa będę wyglądać bosko.-  Szepnęłam.

Po powrocie umyłam głowę i spięłam włosy w luźny kok.
 Zużyłam prawie całą butelkę jedynych perfum, których tu znalazłam. Starałam się nie zwracać uwagi, że to tanie podróbki. Wystrojona poszłam w miejsce spotkania. Drzwi otworzył Will.
- Witaj Mel!- Zaprosił mnie do środka gestem dłoni.
Pokój pierwotnie ponury, szary teraz mienił się kolorami. Kula dyskotekowa wielkości kilku głów wisiała na suficie, oświetlając dokładnie każdy kąt. Na ścianach porozwieszane były najróżniejsze plakaty, serpentyny czy łańcuchy. Wszystkie meble podsunięto pod ściany. Na środku co najmniej kilkanaście osób tańczyło, piło alkohol i ku memu zaskoczeniu ćpało. Sama na szczęście nigdy nie próbowałam i nie zamierzałam.
Gospodarz zaprowadził mnie na balkon i nalał drinka.
- Dzięki.- Wzięłam kieliszek.
Pamiętałam o konsekwencjach mojego ostatniego nadużycia alkoholu, ale nie bardzo się tym teraz przejmowałam. Chciałam się zabawić.
Will wyciągnął i zapalił skręta.
- Chcesz?- Podał mi prawie pełną paczkę narkotyków.
Pokręciłam głową.
- Racja, zgubny nałóg- Zaciągnął się mocno.- Pięknie wyglądasz.
- Wiem.
To samo mogłam powiedzieć o nim. W czarnych jeansach i białej koszulce podkreślającej jego opaleniznę i duże bicepsy wyglądał bosko. Jasne włosy niesfornie opadające na czoło dopełniały cały styl przystojniaka.
- Kiedy wraca twoja niańka?- Spojrzał na mnie.
Chodziło mu o Pedro. Wcale się mną nie zajmował! Sama świetnie sobie radziłam.
Przypomniawszy sobie o przykrych wydarzeniach jednym łykiem opróżniłam kieliszek. Will wziął butelkę whisky i dolał mi.
- Nie wiem czy powinnam…
- Wyluzuj. Mamy się zabawić.
Przekonał mnie. Ani się obejrzałam, a już byłam pijana. Ledwo trzymałam się na nogach.
- Trzymasz się?- Złapał mnie za ramię.
- Jasne!- Uśmiechnęłam się.
Nie miałam jeszcze ochoty opuszczać tego miejsca.
- To może zatańczymy?- Wyciągnął do mnie rękę.
Po chwili namysłu odpowiedziałam:
- Zgoda.
To usłyszawszy wyrzucił skręta przez barierkę i pociągnął mnie na parkiet.
Zaczęła grać wolna muzyka. Zbliżyliśmy się do siebie kołysząc lekko. Robiliśmy to najlepiej z całego towarzystwa. Byłam doskonałą tancerką, ale nie sądziłam, że on też. Poruszaliśmy się jak jedna całość.

Will sięgnął ręką po butelkę wina. Podał mi. Bez zastanowienia wzięłam dużego łyka. Mój partner zrobił to samo. Następne minuty spędziliśmy kołysząc się na parkiecie i popijając raz whisky, raz piwa, a raz wina.
- Może wymkniemy się do ciebie?- Szepnął mi do ucha.
Otumaniona kiwnęłam głową. Nie rozumiałam co właściwie się działo. Zapewne dałabym się teraz namówić do wszystkiego.

Kiedy znaleźliśmy się w moim pokoju wyciągnął zza pleców szampana. Uśmiechnęłam się szeroko. Mimo iż było mi słabo nadal chciałam pić. Zaczynałam mieć podejrzenie, że mogę być uzależniona. Odrzuciłam tę myśl. Wszyscy pozostali goście wypili dokładnie tyle co ja i nic im nie było. W wieku osiemnastu lat (po roku przemiany) każdy musiał się wyszaleć.
Will przycisnął mnie do ściany i pocałował. Nie stawiałam oporu. Było mi to obojętne. Odwzajemniłam pocałunek. Rzucił mnie na łóżko i… koniec. Więcej nie pamiętam, byłam zbyt pijana.

Następnego ranka obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Kac. Leżałam w samej bieliźnie, a obok spał Will. Byłam przerażona, nic nie pamiętałam. Miałam ochotę z nim poflirtować, a nie pójść do łóżka. Zerwałam się na równe nogi i w pośpiechu zaczęłam zakładać szlafrok.
- Witaj skarbie.- Otworzył oczy.
- Co? Co się stało?
- Byłaś świetna.- Uśmiechnął się.- Mam ochotę to powtórzyć.
Podszedł do mnie.
- Nie, byłam pijana.
Złapał mnie za ręce i przycisnął do ściany.
- Ja też.
- Nic między nami nie będzie. Nie znam cię, nawet nie wiem jak masz na nazwisko.
- Parker, Will Parker.- Zaczął całować mnie w szyję.
- Przestań, zostaw mnie!
Próbowałam się wyszarpnąć, ale trzymał mocno. Ściągnął ze mnie szlafrok.
- A! Przestań!- Zaczęłam krzyczeć.
Nie posłuchał posuwał się coraz dalej. Usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi, on najwyraźniej nie, bo kontynuował swoje.  Do pokoju wszedł Pedro. Podbiegł do nas i wymierzył mojemu napastnikowi solidny cios w nos. Usłyszałam pęknięcie, dookoła polała się krew. Will zaczął krzyczeć, potem rzucił się na Pedro. Zaczęli się bić. Mój obrońca wyraźnie prowadził.
Był lepiej wytrenowany, a do tego w stu procentach trzeźwy. Kiedy wreszcie zmasakrował przeciwnika do takiego stopnia, że ten na chwilę stracił przytomność wyprowadził go. Po kilku minutach wrócił
- Nic ci nie jest?- Okrył mnie swoją skórzaną kurtką.
Oszołomiona usiadłam na łóżko.
- Nie, jest ok.
- Nie potrzebnie się z nim zadawałaś. Nie od dziś wiadomo, że ma złą reputację.
- Będziesz mi teraz prawił kazania?
-Nie, po prostu martwię…- Urwał
Spojrzałam prosto w jego wielkie, ciemne oczy. Pokazywały troskę, zaangażowanie.
- Czemu to robisz?
- Co dokładnie?- Podszedł do mnie.
- Nie jestem ci obojętna. Wytłumacz mi czemu.
Odwrócił wzrok, nie odpowiedział.
- Jestem rozpieszczoną małolatą. Czemu tak się mną przejmujesz? Sprawiam wyłącznie kłopoty.- Dokończyłam.
Pierwszy raz przyznałam się, że nie jestem idealna. Było to trudne, ale wykonalne. Głównym problemem było to, że wcześniej tego nie zauważałam. Oczywiście nadal wiedziałam, że jest lepsza od innych, ale wiedziałam też, że nikt nie jest idealny. Nawet ja.
- Nie prawda.- Zaprotestował.- Tak, wiele mieszasz, ale jeszcze więcej dajesz. Wprowadziłaś tutaj rozrywkę. Teraz przynajmniej rada ma o czym dyskutować. Jesteś jedyną tak energiczną, zdeterminowaną, ambitną dziewczyną.
Wstałam, stanęłam tak blisko niego jak tylko było to możliwe. Przyglądałam mu się uważnie, czekałam co zrobi.
- Dzięki tobie zależy mi na kimś.- Szepnął i pocałował mnie.
Odwzajemniłam to z ogromnym zaangażowaniem. Było cudownie. Nie czułam się tak jeszcze z żadnym chłopakiem. Marzyłam, żebyśmy zostali już tak na zawsze. Niestety chwila szybko przeminęła. Odsunął się i powiedział:
- Rano wyjeżdżamy. Dwunastka jest już bezpieczna. Nie pozwolę, żebyś tutaj została.
Uśmiechnęłam się.
- Wiem.

Kiedy wyszedł pogrążyłam się w zamyśleniu. Nie obchodził mnie już Will i to jak się na nim zawiodłam. Liczył się tylko Pedro. Paryż to naprawdę miasto miłości. Chętnie przyjadę tu znowu, ale nie sama…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz