niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 10

Każde nieszczęście ma swoją dobrą stronę
Rano obudził mnie hałas. To Pedro pakował właśnie ostatnią walizkę z moimi rzeczami, piątą. Wyglądał dzisiaj cudownie. Ubrał ciemny T-shirt i luźne spodnie z krótkim łańcuchem u boku. Włosy miał jak zwykle w męskim nieładzie.
- Co robisz?- Przeciągnęłam się.
- O! Dobrze, że się obudziłaś. Zaraz wyjeżdżamy.- Odwrócił głowę w moją stronę.- Na krześle leżą twoje ubrania na dzisiaj. Zaraz wrócę.
Wskazał ręką określone miejsce i  wyszedł.
Miałam założyć biały, haftowany sweter i jeansy. Buty były różowe i sznurowane. Zwykłe trampki. Zdziwiło mnie, że miałam się ubrać kolorowo. Myślałam, że dozwolone są jedynie ciemne kolory.
Przebrałam się i ciasno związałam włosy w wysoki kucyk. Wyglądałam bardzo ładnie. Czułam się kobieco. Chciałam podobać się mojemu wybawcy. Niestety mój zapał przyćmiła strzykawka z Heniscytozą leżąca na komodzie. Niechętnie wstrzyknęłam dawkę i stwierdziłam, że moje ręce są całe sine. Wyglądałam jak ćpunka. Jakbym narkotyzowała się codziennie. Ok, to nie wielkie poświęcenie w zamian za możliwość normalnego funkcjonowania, ale Jezu. Miałam osiemnaście lat. Cały rok straciłam przez przemianę. To chyba oczywiste, że jedynym pocieszeniem w mojej sytuacji był wygląd. Niedawno zauważyłam, że w nowym wcieleniu oczy zabarwiły mi się na mdłą szarość. Były unikalne i pociągające, idealnie kontrastowały z moimi kasztanowymi włosami. Cały efekt psuły siniaki. Mogłam zapomnieć o seksownej, obcisłej bluzce na ramiączkach.
- Co się  stało?- Zapytał Pedro widząc moją smętną minę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wrócił. Niesamowite, jak udawało mu się tak często przemykać niezauważonym. Zaczynało mnie to irytować
- Będę je miała już zawsze?- Odsłoniłam rękawy, ukazując miejsca ukłuć.
Spojrzał na mnie z ukosa. Pod tym kontem wyglądał jeszcze bardziej czarująco. Czasami miałam ochotę rzucić się na niego.
- Z czasem twoje ciało się przyzwyczai i będą niewidoczne.
Pokazał mi swoje ręce. Faktycznie nie miał ani śladu. To dobrze, przynajmniej tutaj się nie zawiodłam.
Uśmiechnął się do mnie i usiadł na łóżku. Rozłożyłam się obok niego.
- Masz jeszcze jakieś pytania? Odpowiem na każde. Rozumiem, że jesteś ciekawa jak będzie wyglądało twoje życie.- Odezwał się.
Ciekawe: na każde pytanie. Kusiło mnie, żeby zapytać czy jest mną serio zainteresowany albo czy jestem dla niego pociągająca. Wiedziałam jednak, że chodziło o pytania dotyczące zombie. Jaka szkoda.
- Mam jedno…- Udało mi się sformułować  odpowiednie.
- Zamieniam się w słuch.- Przeciągnął się i wyraźnie skupił. Wyglądał teraz jak niewiarygodnie seksowny filozof. Chciałabym widzieć go w tej pozycji częściej…- Oh, nienasycona Mel! Pragnęłam więcej naszych wspólnych, romantycznych chwil sam na sam. Zaczynało mi odbijać na jego punkcie.
Zamyśliłam się trochę. Widząc jego zniecierpliwioną minę odnalazłam wątek.
- Will powiedział mi, że prawie połowa naszego społeczeństwa nigdy nie powraca do kontaktów z dawnymi znajomymi.
Spuścił głowę. Nie uśmiechał się już. Na jego twarzy pojawił się niezręczny wyraz. Nie chciał zdołować mnie jeszcze bardziej, wiedział ile ostatnio przeszłam. Chociażby wczoraj, kiedy to omal nie przespałam się ponownie z Willem. Myśl, że poszłam z tym mężczyzną do łóżka wprawiała mnie w dreszcz. Mimo pociągającego wyglądu, brzydziłam się nim. Ale tylko trochę. Może z czasem powrócilibyśmy do normalnych relacji. Na razie mógł o tym tylko pomarzyć. I tak przy Pedro wyglądał jak brzydkie kaczątko.
- Czy to prawda?- Dokończyłam widząc jego zmieszanie
Nie odpowiedział.
To mi  wystarczyło. Odwróciłam się do niego tyłem i zacisnęłam pięści. Byłam zdenerwowana nie mogłam sobie pozwolić wyżyć się na nim. Nie na nim. Jemu jedynemu na mnie zależało. Nie chciałam go stracić. Zaczęłam liczyć w myślach do dziesięciu, kiedy trochę się uspokoiłam zapytałam:
- Ty tak masz?
Zamyślił się.
- To nie jest rozmowa na ten moment, chodźmy już.- Powiedział w końcu.
Wziął wszystkie walizki i przepuścił mnie w drzwiach. Zeszliśmy na sam dół. Było bardzo tłoczno. Przecisnęliśmy się przez wszystkich i wyszliśmy na zewnątrz. Tłumy wsiadały do kolejno odjeżdżających autokarów. My poszliśmy do czarnego jeepa, którym tu przyjechaliśmy. Ucieszyło mnie to. Mógł jechać nim sam, a mnie wsadzić do pozostałym pojazdów z nieznajomymi. Nie zrobił tego. Wiedział, że nikogo nie znam, chciał mnie mieć na oku. Nie trudno było zauważyć, że łatwo wpadam w tarapaty. Martwił się o mnie.
Kiedy ruszyliśmy zapytałam:
- Czy teraz jest odpowiedni moment na dokończenie rozmowy?
Udał, że nie usłyszał i włączył radio.
 O nie. Ja tak łatwo nie ustępowałam. Nie znosiłam tajemnic. Od kąt pamiętam rodzice wiecznie coś  przede mną ukrywali. Czasami, kiedy szłam spać słyszałam tylko ich ciche szepty zabraniające komukolwiek mnie w to mieszać. Do tej pory jestem ciekawa o co chodziło. Moja ciekawość wzięła górę i wyłączyłam głośnego rocka.
Spojrzał na mnie ze zdziwioną miną.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Powiedziałeś, że odpowiesz na…
- Wiem co powiedziałem.- Przerwał mi.- Nie myślałem, że zaczniesz się wtrącać w moje życie.
Zdenerwował mnie. Miałam prawo znać prawdę. W końcu po niebezpiecznym mordercy zombie mogłam się spodziewać wszystkiego. Zawsze wiedziałam, że lepsza jest najgorsza prawda niż kłamstwo. Zniosłabym każdą odpowiedź.
- Co? Ty znasz mnie na wylot, a ja przypadkiem dowiedziałam się tylko jak się nazywasz. Nie mam o tobie pojęcia.
- I tak jest lepiej.- Burknął.
Nie rozumiałam go. Po naszym pocałunku myślałam, że coś z tego będzie. On jednak całkowicie mnie odtrącił. Widocznie podczas ostatniego spotkania dał się ponieść chwili. Szkoda, bo ja nie. Zaczęło mi na nim zależeć.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w małej knajpce. Stylu w niej nie było za grosz. Stare country. Kowbojskie plakaty, mechaniczny byk i sztuczne sterty siana. Wieśniackie miejsce. Niestety tam zamówiliśmy obiad. Ja wzięłam sałatkę warzywną, Pedro jakieś mięso. Nie byłam pewna jakie, wyglądało niesmacznie. Przypominało raczej połamaną cegłę, porozrzucaną po całym talerzu.
Oczywiście on płacił jak na mężczyznę przystało. Chciałam zaoszczędzić trochę pieniędzy na nowej karcie. Przysługiwały mi niskie „kieszonkowe”. Marzyłam by znowu móc codziennie kupować nowe, modne i niewiarygodnie drogie ubrania. Wielogodzinne chodzenie po sklepach sprawiało mi ogromną frajdę.
Właśnie! Przypomniało mi się, że miałam jeszcze trochę pomęczyć Pedro. Umierałam tu z nudów, a mężczyźni zawsze byli moimi ulubionymi zabawkami.
- Nie rozumiem.- Powiedziałam, kiedy usiedliśmy przy jednym ze stołów.
Przerwał jedzenie.
- Czego?
- Najpierw okazujesz mi duże zainteresowanie, a później odrzucasz.- Spróbowałam sałatki. Tak jak myślałam: nie do przełknięcia. Wytarłam usta serwetką i odsunęłam od siebie talerz.
Westchnął. Lekko przekrzywił głowę i spojrzał na mnie.
- Nie odrzucam cię.- Powiedział niskim, łagodnym głosem, który wprawiał mnie w drganie. Uwielbiałam go słuchać, ale na razie chciałam się jeszcze trochę pobawić.
- Ależ tak. Gdybyś mi powiedział…- Zaczęłam.
- Melisa dość.- Powrócił do posiłku.
- Nie! Wytłumacz mi o co ci chodzi. Jaki masz problem? Wystarczy, że powiesz tak lub nie.
- Dość. - Powtórzył nieco głośniej.- Nie, nie mam tego problemu. Koniec dyskusji.
Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Unikał mojego spojrzenia jak ognia. Rozglądał się po wszystkich stronach byle na mnie nie popatrzeć.
- Coś ukrywasz. Zrobiłeś coś złego i nie chcesz powiedzieć. Czuję, że jest jakiś problem, przez który nie masz kontaktu z rodziną. Nie wyglądasz na szczęśliwego. Dręczą cię wyrzuty sumienia- Zaczęłam go prowokować. Miałam ochotę pociągnąć tę szopkę. Ciekawiło mnie jak będzie się zachowywał, gdy doprowadzę go do szału- Wiem! Zabiłeś ich. Skoro zrobiłeś to małej dziewczynce bez mrugnięcia okiem to dlaczego nie  miałeś swojej matce albo ojcu?
Uderzył dłonią w stół. Rozległ się huk. Wszystkie oczy zwróciły się na nas. Zaczęłam myśleć czy, aby nie przegięłam. Żeby było jasne. Wciąż mi na nim zależało, ale uwielbiałam od czasu do czasu powiedzieć coś złośliwego. Zwykle ofiarą padali najbliżsi. Byli przy mnie i wiedziałam, że nawet jak im wejdę na głowę nie znienawidzą mnie. Z Pedro było inaczej. Mógł mnie znienawidzić w każdej chwili. Mimo to nie potrafiłam ugryźć się w język.
- Skąd wiesz, że nie utrzymuje z nimi kontaktu?- Zacisnął zęby i spojrzał na mnie z góry.
- Powiedziałbyś mi, nie trzymałbyś tego w tajemnicy. Poza tym jak masz się z nimi widywać skoro po pierwsze: muszą cię nienawidzić. Po drugie: to się tyczy podpunktu pierwszego. Nienawidzą cię, bo ich zabiłeś.- Uśmiechnęłam się złośliwie.
Bardzo szybko pożałowałam tych słów. Trafiłam w czuły punkt. W jednej chwili na jego twarzy z irytacji pojawiła się złość.
- Zamknij się! Nie potrafisz uszanować, że nie chcę się przed tobą otwierać? Nie zawsze będziesz dostawać to czego chcesz.
Zabolało. Kazał mi się zamknąć. Nikt wcześniej tego nie robił. Próbowałam siedzieć już cicho. Wiedziałam, że może być tylko gorzej, ale mnie zdenerwował. Musiałam pociągnąć tę wymianę zdań.
- Mylisz się! Dowiem się co ukrywasz. Czy tego chcesz czy nie.
Wstał i podszedł do mnie. Był tak blisko, że czułam jego gorący oddech. Gdyby nie okoliczność w jakiej się zbliżył mogłabym go pocałować. Stał przede mną jak wryty. Nie czułam się swobodnie. W końcu przewyższał mnie ponad o głowę. Przez chwilę bałam się, że mnie uderzy, ale szepnął tylko:
- Co możesz zrobić?
Rozluźniłam się. Wyrzuciłam bombę, która na pewno zniszczyła całą, naszą dotychczasową relację. Czasami żałowałam, że nie potrafiłam siedzieć cicho. Często z takich sytuacji ratowała mnie Mia. Stała przy mnie i gdy widziała, że zabrnęłam za daleko. Odciągała mnie na bok. Tam tłumaczyła czego nie powinnam mówić i jak mam się dalej zachować. Zawsze była opanowana. Brakowało mi jej.
- Jeśli udało mi się ciebie uwieść to tym bardziej wyciągnąć informacje. Udajesz teraz niewzruszonego, ale tak naprawdę jesteś słaby. Nie potrafiłeś się nawet oprzeć małolacie, która zakręciła tyłkiem.- Spojrzałam mu prosto w oczy. Znowu nabrałam pewności siebie. Dookoła było pełno ludzi..- Nie jesteś niczym więcej jak niewzruszonym mordercą. Widzę, że nie tylko zombie padają twoją ofiarą…
Oh, nie! Powiedziałam to. A miałam nadzieję, że się powstrzymam. To  była właśnie ta bomba. Musiał mnie teraz nienawidzić.
Tak jak myślałam nie wytrzymał. Mocno złapał mnie za rękę i szarpnął tak, że ześlizgnęłam się z krzesła. Kierowaliśmy się teraz w stronę wyjścia. Zaczęłam stawiać pór. Próbowałam się wyrwać. Na próżno. Uścisk nasilał się. Złapałam klamkę od drzwi. Nie mogłam pozwolić mu sobą pomiatać. Postanowiłam, że wyjdę stąd tylko dobrowolnie. Nie dał za wygraną: szarpnął mocniej i wyprowadził mnie na zewnątrz.
-Boli, zostaw!- Krzyknęłam, kiedy zaczęła drętwieć mi dłoń.
Spojrzał na mnie i złagodniał. Zdał sobie sprawę, że przesadził. Rozluźnił uścisk.
 Kiedy podeszliśmy do samochodu nie mogłam uwierzyć jak mógł się tak zachować. Ok, sprowokowałam go, ale Boże. Takie zachowanie nie powinno mieć miejsca w żadnej sytuacji.
Gdy chciał otworzyć mi drzwi odepchnęłam go i poradziłam sobie sama. Nie miałam ochoty na uprzejmości z jego strony. Za bardzo sobie nagrabił.
Kolejna godzina trasy przeminęła bez słowa. Siedziałam do niego bokiem i podziwiałam przez okno widoki. Nie chciałam z nim rozmawiać. Pierwszy raz w życiu ktoś tak mnie potraktował. Kiedy uratował mnie przed Willem pomyślałam, że jest opiekuńczy i chce dla mnie dobrze. Teraz byłam innego zdania. Zdałam sobie sprawę, że jest niebezpieczny. Nie wiadomo w jakie bagno kiedyś wdepnął, do czego jest zdolny. Wiedziałam, że ciężko będzie mi się trzymać od niego z daleka, ale postanowiłam spróbować.
- Przepraszam.- Powiedział w końcu i spojrzał na mój nadgarstek. Nie bolał mnie już, ale ślad był widoczny. Lekkie, czerwone opuchnięcie. Właściwie to dużo razy spotkały mnie większe tragedie. Gdyby chciał zrobiłby mi większą krzywdę. Nie zmieniało to faktu, że  byłam śmiertelnie obrażona. Użył wobec mnie… chyba przemocy. Nie wiem jak to nazwać. W końcu nie uderzył mnie, ani nic.
Nie odpowiedziałam. Włączyłam radio. Chciałam, żeby poczuł się odrzucony, niezauważany. Przecież on tak właśnie mnie potraktował.
Spojrzał na mnie i otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Uznałam, że tak jest lepiej. Nie zaczynałam rozmowy. Chciałam dokończyć tę podróż w spokoju.

Moje plany popsuło mocne uderzenie z lewej strony. Poleciałam bezwładnie na Pedro.  Właśnie wjechało w nas czarne, osobowe auto.
Kiedy otworzyłam oczy  poczułam ostry, kłujący ból. Byłam oszołomiona, nawet nie wiedziałam co właściwie mnie boli. Wiedziałam tylko, że cierpię. Zaczęłam krzyczeć. Teraz naprawdę ktoś mnie skrzywdził.
 Towarzysz dotknął mojej ręki.
- Złamana.
Usłyszałam kolejne uderzenie. Tym razem inny, duży, terenowy samochód wjechał w nas z drugiej strony prawie rozrywając Pedro bok. Polała się krew. Można powiedzieć, że nabił się na maskę. Ostry szpikulec zamieszczony w miejscu, gdzie powinna być tablica rejestracyjna po prostu go przedziurawił.  Wyglądało to przerażająco. Nie wiedziałam co robić. Siedziałam na przednim siedzeniu i przyglądałam się całej sytuacji. Nie byłam w stanie się ruszyć. Przywarło mnie.
 Kilka sekund później ledwo przytomny Pedro po wyjęciu z rany szpikulca złapał mnie i wyprowadził z samochodu. Zaczęliśmy uciekać. Zdziwiło mnie z jaką prędkością. Nawet najwybitniejszy olimpijczycy nie mieli szans osiągnąć takiego czasu. Kolejny bonus bycia zombie. Dlaczego nikt nie był łaskaw mnie o tym poinformować?
 Kilka uliczek dalej, kiedy nie udało nam się zgubić napastników towarzysz rzucił za siebie małe, metalowe pudełko. Rozległ się huk. Z jadących za nami aut zostały tylko porozrzucane części. Niestety pojawił się też ogień. Cała okolica zaczynała płonąć. Wbiegliśmy do pobliskiego sklepu, gdzie barykadowali się już mieszkańcy widząc całe zdarzenie. Pedro wykonał kilka szybkich telefonów po hiszpańsku i usiadł na ziemi. Jego bluzka była teraz cała we krwi. Uklękłam przy nim. Sięgnęłam po chusteczki leżące na stoliku i przyłożyłam mu do boku. Pomyślałam, że tak łatwiej będzie zatamować krwotok. Starałam się nie myśleć o bolącej ręce. Przy jego ranie to było nic. Chociaż raz w życiu postanowiłam nie postąpić samolubnie. Tak jak on ratując mnie, kiedy chciała mnie zabrać policja czy wykorzystać Will.
Popatrzył na mnie.
- Przylecą po nas helikopterem.- Wysapał próbując wstać.
- Nie wstawaj.- Złapałam go za ramiona i pomogłam wrócić  do wygodnej pozycji.
- Poradzę sobie.- Subtelnie kazał mi zabrać ręce.
Mężczyźni i ich ego. Nie do wytrzymania. Nawet w najcięższej sytuacji  nie pozwalają sobie pomóc. Spojrzałam mu prosto w oczy. Wyraźnie dało się zauważyć, iż cała samodzielność i spokój to tylko maska. Ledwo utrzymywał równowagę.
- Czy pół zombie mogą umrzeć?- Zapytałam zmartwiona. Chciałam, żeby odpowiedział coś w stylu: oczywiście, że nie. Jutro już będę całkowicie zdrowy, albo nie umrę w twoim towarzystwie jesteś za bardzo seksowna i pociągająca, nie da się przy tobie zasnąć. Tak, takiej odpowiedzi oczekiwałam najbardziej.
Drgnęły mu kąciki ust. Prawie się uśmiechnął, prawie.
- Nie wybieram się jeszcze do grobu, ale to trochę bardziej skomplikowane. Jeśli w naszej obecnej postaci mój stan byłby krytyczny specjaliści odessali by mi z organizmu Heniscytozę, która hamuje działanie leków, tym samym uodparniając mnie na nią. Powróciłbym do żywienia się mózgami i mógłbym żyć dalej. Tylko, że zamknięty w jakiejś celi. Nie pozwoliliby mi być na wolności. Nie byłbym wtedy już sobą.
Usiadłam obok niego i położyłam głowę na jego ramieniu ( z tej zdrowej strony).
- Gdyby tak  było nie moglibyśmy się widywać.
Pokręcił głową.
- Nie, pragnąłbym również twojego mózgu.
Zapadła głucha cisza. Zaczęłam rozmyślać nad tym jakby wtedy wyglądało moje życie. Dałabym sobie radę, na pewno. W końcu znaliśmy się tylko chwilę. Nie mogłam się od niego uzależnić. To, że był zabójczo przystojny nie czyniło go bogiem, chyba. Teraz, kiedy popatrzałam jak walczy, żeby nie stracić przytomności opuścił mnie cały żal, który do niego czułam. Nasza ostatnia kłótnia nie miała już znaczenia.
- Obiecaj mi coś- Przerwał milczenie- Gdyby tak się stało zabijesz mnie. Wolałbym zginąć niż stać się potworem.
- Pedro…- Zaczęłam. Zmiękczył mnie jego błagalny wzrok- Dobrze.
W jednej chwili wszyscy ludzie z budynku podbiegli do okien. Pchali się, żeby coś zobaczyć. Zaciekawiło mnie to.
- Poczekaj.- Rozkazałam towarzyszowi.
Przepchałam się przez cały tłum i zobaczyłam, że na środku pustej, zaczadzonej ulicy ląduje helikopter. Spodziewałam się go tutaj trochę później. Bardzo szybko po nas przyleciał.
 Wróciłam w miejsce, gdzie czekał na mnie Pedro.
- Co tam jest?- Zapytał.
- Nasz transport
Chciałam pomóc mu wstać, ale sam to zrobił. Wyraźnie odrzucał moją pomoc.
Weszliśmy po drabince do czarnego helikoptera z szarym śmigłem i cyfrą dwanaście. Kolonijny helikopter, super. W środku błyskawicznie założono mi gips na rękę i opatrzono mojego towarzysza. Zdezynfekowali mu ranę, ale nie zszyli. Dwaj mężczyźni w białych fartuchach siedzieli nad nim bezczynnie.
- Nie zrobicie nic?- Zapytałam.
Spojrzeli na mnie.
- Rana jest skomplikowana. Będzie potrzebna operacja.- Odpowiedział jeden z nich.
Operacja. Na dźwięk tego słowa skrzywiłam się. Przypomniałam sobie, że mój dziadek zmarł przez nieudaną operacje i w kolejnych latach rodzice sądzili się z lekarzami, którzy ją przeprowadzili. Oczywiście my wygraliśmy sprawę. Za pieniądze ze spadku rodzice wynajęli najlepszych adwokatów. Miałam wtedy wrażenie, że zrobili to dla zasady, a śmierć dziadka była im na rękę. W końcu dostaliśmy po nim miliony. Tata był bogatym, rozpieszczonym jedynakiem.
-  Dlaczego jej nie zrobicie? Przecież liczy się czas!- Wróciłam do tematu.
- Nie mamy odpowiedniego sprzętu. Byłoby duże ryzyko niepowodzenia. Niedługo będziemy na miejscu i wszystko odbędzie się profesjonalnie.- Powiedział drugi.
Przewróciłam oczami. Czekał mnie długi lot.
Usiadłam obok Pedro i dyskretnie pokazałam lekarzom żeby odeszli. Posłusznie poszli do kabiny pilotów.
- Trzymasz się jakoś?- Zapytał kiedy zostaliśmy sami.
- Ja?- Zaśmiałam się.
Delikatnie złapał mnie za rękę.
- Zależy mi na tobie.
Urocze, zrobiło mi się ciepło na sercu, poczułam motylki w brzuchu. Widać świadomość nagłej śmierci sprawiła, że się otworzył. Potrzebowaliśmy więcej takich  sytuacji.
- Jak skoro mnie odrzucasz?- Przypomniałam sobie jedyny problem.
- Nigdy cię nie…- Zaczął- Przepraszam. Poruszyłaś bardzo bolesny dla mnie temat.
Spojrzał na mój nadgarstek ( lewy, bez gipsu), pozostało na nim lekkie zaróżowienie. Ślad po tym, jak  mnie wyprowadził z knajpy. Spuścił głowę, posmutniał. Poczułam, że muszę go pocieszyć. Nie mogłam mu robić wyrzutów podczas, gdy był w takim stanie.
- Hej, nic mi nie jest.- Uśmiechnęłam się.
Podniósł wzrok.
- Moja rodzina, ona… miałaś rację: zabiłem ich.
- Co?
Poczułam się dziwnie. Wybaczyłam mu, że zabił Olę. To była samoobrona, ale świadomość, że zabił swoich bliskich…
Wstałam i odwróciłam się do niego plecami.
- Nie zrobiłem tego specjalnie- Przyciągnął mnie do siebie- Byłem na podwórku przed domem. Zaatakowali mnie śmiercionosiciele. Ojciec odciągnął ich ode mnie. Udało mu się. Wiedział, że boją się ognia. Niestety pogryzły mnie już. Wszyscy myśleli, że jestem w śpiączce. Kiedy obudziłem się w szpitalu, a oni byli przy mnie…- Urwał.
Ponownie usiadłam obok niego. Dotknęłam go w policzek, chciałam pocieszyć. Zrozumiałam, dlaczego tak się na mnie zdenerwował.
- Dziękuje, że mi powiedziałeś.
- Nie, to jeszcze nie wszystko. Moi rodzice i brat… Zmieniłem ich w zombie. Kiedy trzydzieści lat później spotkaliśmy się na polu bitwy zabiłem ich. Wszystkich.
Zacisnął pięści. Był smutny i zdenerwowany. Moje wspomnienia były koszmarne, ale jego to istny horror, wymysły jakiegoś sadysty.
Pochyliłam się nad nim i go przytuliłam. Odwzajemnił uścisk. Podniósł się. Siedziałam teraz z głową na jego gołej  klatce piersiowej. Zdjęli mu koszule, żeby zdezynfekować ranę. Pierwszy raz dostrzegłam, że ma tam tatuaż. Dużego, czarnego ptaka, szykującego się do lotu. Przejechałam po nim palcem. Poczułam szybkie bicie serca. Moje też tak biło. Kiedy przypominałam sobie, że to tylko efekt jakiegoś leku, a naprawdę jesteśmy martwi…
Widząc moje zainteresowanie powiedział:
- Przedstawia kogoś kto chce i szykuje się do odlotu, ale nie może. Coś trzyma go tu na siłę.
Uniosłam głowę i popatrzałam mu prosto w oczy. Ptak symbolizował jego. Próbował uciec od przeszłości i teraźniejszości. Niestety było to niemożliwe. Sama się już o tym przekonałam.

Nachylił się nade mną. Przeczesał ręką moje włosy i zawinął sobie końcówkę wokół palca. Czułam się cudownie. Nie mogłam uwierzyć, kiedy zbliżył się do mnie jeszcze mocniej i lekko musnął ustami moich ust. Nie wytrzymałam, złapałam go za szyję i pocałowałam. Objął mnie w pasie. Całowaliśmy się teraz długo i namiętnie. Zalała mnie fala rozkoszy. Na to właśnie czekałam. Byliśmy razem, nie rozłączni teraz: przez chwilę czułam, że mu na mnie zależy.

Rozdział 9

Sztuką jest rozpoznać wroga
- Co?!- Krzyknęłam.
Gwałtownie wstałam. Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie usłyszałam. Byłam w szoku. Poczułam potężne kłucie w klatce piersiowej. Oparłam się o barierkę. Ledwo trzymałam się na nogach. Spojrzałam na ręce; bandaże były już całe mokre. Zasłoniłam je  bluzą. W tej chwili obchodziła mnie tylko jego kolejna wypowiedź.
- To nie tak jak myślisz…- Złapał mnie za ramię.
Wyrwałam się i stanęłam tyłem. Nie chciałam, żeby zobaczył moje łzy. Wspomnienie tamtego dnia i świadomość, że zaufałam komuś kto zabił najbliższą mi osobę rozbiła mnie.
- Więc jak?
- To była samoobrona. Zaatakowała naszą kolonię razem z innymi. Nie zostawiła mi wyboru.
- Kim byli ci „inni”?
- Śmiercionosiciele.
- Ola była zombie?- Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Tak, chciała mnie zabić. Co miałem zrobić?
Miał rację. Gdyby mnie zaatakowali zabiłabym wszystkich. Rozumiałam go, więc dlaczego nadal odczuwałam żal? Powinnam obwiniać siebie, to przeze mnie ją zmienili. Była bezbronna, kiedy pożerali jej mózg.
- Mogłeś uciekać! Była małą dziewczynką, dałbyś sobie radę. Dla ciebie to tylko kolejny niebezpieczny potwór, którego musiałeś zlikwidować. Dla mnie siostra.- Postąpiłam niesprawiedliwie. Wiedziałam, że się tym przejmował, a mimo to musiałam wyładować na nim emocje. Nie potrafiłam inaczej. Zawsze na kimś się wyżywałam.- Nie odczuwasz nawet wyrzutów sumienia.
Skłamałam. Widać było, że naprawdę się tym przejmował. Pewnie pierwszy raz pozbawił życia kogoś tak młodego.
- Mylisz się. Tak, likwidowałem wielu śmiercionosicieli, ale ta dziewczynka wydała mi się inna. Dostrzegłem w jej oczach płomyk uczuć. Próbowała z tym walczyć, ale ostatecznie przegrała. Górę wzięła ciemna strona.- Łagodnie złapał moje ręce. Zmarszczył brwi.- Znowu to zrobiłaś.
Nie odpowiedziałam.
- Kiedy wiedziała, że to koniec powiedziała: przepraszam.- Spojrzał mi prosto w oczy.
Nie wiem dlaczego, ale łzy same napłynęły mi do oczu. Nie były to, jednak łzy smutku. Raczej radości, a może niezrozumienia.
- Przytul mnie.- Wyszeptałam.
Spojrzał zdziwiony, ale zrobił to. Postanowiłam spróbować w inny sposób wyładować emocje i spodobało mi się. Poczułam falę ciepła. Wdychałam teraz jego zapach wody pogoleniu. Było mi dobrze, czułam się bezpieczna
Pedro odprowadził mnie do pokoju i zmienił opatrunki, a sam pojechał z innymi do dwunastki po potrzebne rzeczy. Zapowiedział, że wróci za dwa dni. Zaniepokoiło mnie to, nie znałam tu nikogo. Postanowiłam przespać się z tym wszystkim.

Następnego ranka obudziłam  jak zwykle w południe. Śniadanie już na mnie czekało. Niestety Heniscytoza też. Niechętnie wstrzyknęłam sobie odpowiednią dawkę i zjadłam za twarde tosty z serem. Czasami miałam ochotę pójść do tych kucharek i im wygarnąć, ale nie wiedziałam nawet jak dojść do kuchni.
Ubrana i uczesana postanowiłam przejść się po budynku. Najwyższa pora z kimś się zaprzyjaźnić. Nie mogłam całymi dniami siedzieć sama jak jakiś odludek.
Na parterze zobaczyłam otwarte drzwi na ogród. Chciałam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Dawno tego nie robiłam. Nie miałam zamiaru uciekać, nie w obecnej sytuacji. Najpierw musiałam mieć starannie dograny plan, a  na razie pogodziłam się z obecną sytuacją.
Wybiegłam, zakręciłam się wokół własnej osi. Nareszcie ujrzałam światło, otwartą przestrzeń. Zwykle nie lubiłam przebywać na dworze, ale teraz sprawiało mi to przyjemność. Rozłożyłam się na trawie i zamknęłam oczy.
- Proszę, proszę. Słyszałem, że przywieźli nam tu nową piękność, ale nie spodziewałem się takiego efektu.
Obok drzwi nonszalancko oparty o ścianę stał młody, jasnowłosy mężczyzna.  Wzrostem nieco niższy od Pedro. Jego jasnoniebieskie oczy idealnie kontrastowały z ciemną karnacją i muskularnym ciałem.
- Hej!- Uśmiechnęłam się do niego.
Miałam ochotę zrelaksować się i chwilę poflirtować. Wydawało mi się, że patrzył na mnie z takim samym zamiarem.
Chłopak rzucił na ziemię niedopalonego papierosa i przydepnął butem. Potem usiadł koło mnie.
- Jestem Will.
- Melisa.
- Kto jest twoim opiekunem? Widziałem, że chodzisz sama.- Położył się.
- Nie wiem, chyba Pedro.
- Ach, on. Jakoś wytrzymujesz?
- Tak, nie jest taki zły.- Spojrzałam na niego. Zdziwiła mnie jego wyraźna niechęć.
- Możliwe, ja długo z nim nie wytrzymałem.- Wzruszył ramionami.
- Tobą też się zajmował?- Położyłam się obok niego. Miałam ochotę dokończyć tę rozmowę.
- No, ale tylko kilka tygodni. Miałem go dosyć.
- Co się miedzy wami wydarzyło?- Zaciekawiłam się.
- Spytaj Pedro. Jego odpowiedź będzie różna od mojej.
Nie ciągnęłam tematu. Zauważyłam, że nie chciał o tym mówić.
- Ile masz lat?
Zadałam niegrzeczne pytanie, które od samego początku cisnęło mi się na usta.
Zaśmiał się.
- A na ile wyglądam?
Wzruszyłam ramionami.
- Dwadzieścia, a dokładniej czterdzieści pięć.- Powiedział
- Sporo już w tym tkwisz.
- Jakoś daję radę.
Jeszcze jedno pytanie nie dawało mi spokoju.
- Utrzymujesz kontakt z rodziną?
- Nie.- Wyraźnie posmutniał.
- Dlaczego?- Obróciłam się w jego stronę.
- Nie mówili ci?
- Czego?
- Oczywiście, mogłem się spodziewać. Prawie połowa naszego społeczeństwa nie może zbliżać się do swoich krewnych. Ich mózgi wydają się nam niepowstrzymanie kuszące. Nie jesteśmy w stanie się opanować.- Spojrzał w niebo. Zauważyłam, że nie lubił się zwierzać. Unikał wtedy wzroku, był speszony. Rozmawiał ze mną o tym, żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Chyba liczył na mały romans. Szczerze mówiąc może po kilku tygodniach znajomości dałabym się namówić.
-Co w nich takiego wyjątkowego?- Wróciłam do tematu.
- Mają wspomnienia. Wspomnienia, o których większość z nas już zapomniała zawalona przykrą teraźniejszością.
Zdołował mnie. Było spore prawdopodobieństwo, że już nigdy nie wrócę do normalnego życia. Ogromna szkoda, przecież gdybym wróciła po roku nieobecności rodzice na pewno znów zaczęliby się mną interesować. Gdyby wiedzieli, że mogą mnie w każdej chwili stracić nie byliby już chłodni i obojętni.
- O północy urządzam potajemną imprezę. Przyjdź, zabawimy się.
Zabawa? Nie słyszałam tego od czasu wypadku. Pomyślałam, że to idealna okazja, żeby odreagować nieprzyjemne wydarzenia. Chociażby świadomość, że mój opiekun zabił moją siostrę.
- Jasne.
- Pokój sto piętnaście, drugie piętro. Nie spóźnij się, już nie mogę się doczekać.- To powiedziawszy odszedł.
Wróciłam do pokoju i zaczęłam planować jak pójdę ubrana. Z przykrością zauważyłam, że nie mam żadnych odpowiednich ubrań. Sukienka z urodzin Mii była już nieświeża. Owszem, miałam w łazience pralkę, ale nie umiałam jej obsługiwać. Postanowiłam interweniować.
Zeszłam na parter i bez pukania wkroczyłam do pomieszczenia podpisanego: sala konferencyjna. Prawdę mówiąc wybrałam je, bo usłyszałam  dobiegające z niego głosy. Napięta wymiana zdań co najmniej pięciu osób.
Nie myliłam się w środku dookoła wielkiego, drewnianego stołu siedziało osiem osób. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Chcę pojechać na zakupy!- Powiedziałam.
- To wykluczone. Ma pani wszystkie potrzebne rzeczy.- Odpowiedziała starsza kobieta siedząca na samym środku. To ta sama, która odwiedziła mnie z Pedro. Wyszła, kiedy wyczuła napiętą atmosferę.
-  Nie prawda. Ubrania są za małe.
- Nie możliwe. Zapewniono mnie, że będą pasować.
- A tobie nigdy nie zdarzyło się przytyć? Tylko w to udało mi się wcisnąć.- Wskazałam ręką bluzkę i legginsy.
Skłamałam. Wszystko pasowało idealnie. Na szczęście nikt nie zauważył, że bluzkę spięłam agrafką. Dzięki temu wydawała się bardzo opięta, niemal pękająca w szwach.
- Oczywiście, zaraz karzę kupić nowe.- Spojrzała na swoich towarzyszy. Wszyscy unikali jej wzroku. Widać szukała ochotnika.
- Nie. Sama wiem co będzie dobre. Nie ma o co się martwić. Pamiętam, że muszą to być czarne ubrania. Tylko nie rozumiem czemu.
- Nie zwracają na siebie uwagi i mylą śmiercionosicieli. Duża ilość ciemnych kolorów przyprawia je o zawrót głowy.
- Rozumiem. Więc mogę pojechać?- Spojrzałam błagalnym wzrokiem.
- Dobrze, strażnik Montoya panią zawiezie.
- Kto?
- Pedro Montoya.
Więc tak się nazywał. Przyznam, że nie raz mnie to ciekawiło, ale jeszcze nie znalazłam okazji, żeby zapytać.
- Nie ma go. Będzie jutro.
- Ach tak, zapomniałam. W takim razie pan Magellan.- Wskazała ręką ciemnowłosego mężczyznę w średnim wieku.
- Oczywiście.- Powiedział.

Podróż granatowym mercedesem zajęłam nam około godziny. Na miejscu towarzysz powiedział:
- Masz do dyspozycji trzysta euro miesięcznie.
Jęknęłam. Za taką kwotę nie mogłam nawet poważyć o ślicznej sukience i modnych pantoflach.
O dziwo były tutaj przyzwoite towary w niskich cenach. Ludzie, z którymi miałam do czynienia byli z niższych sfer i na pewno nie zwrócą uwagi, że nie założę markowych ciuchów.
W jednym z butików znalazłam piękną sukienkę. Cała czarna, z dużym dekoltem. Podkreślająca moje kształty, rozcięta na prawej nodze. Oczywiście przed kolana. Bardzo wyzywająca i seksowna. Dokładnie taka jakiej szukałam.
- Sukienka? Myślałem, że żadne ubranie na ciebie nie pasuje.- Powiedział Magellan w kolejce do kasy.
Uśmiechnęłam się do niego.
- To będzie nasza mała tajemnica. Jak również i to, że zabrałeś temu mężczyźnie portfel.- Wskazałam ręką starszego pana przed nami.
Towarzysz zrobił zdziwioną minę.
- O czym ty mówisz?
- Myślisz, że jeśli tak powiem to nie wyciągną konsekwencji? A może dorzucę jeszcze, że mnie uderzyłeś. Albo lepiej molestowałeś.
- Zgoda, zgoda. Nic nie powiem.
Tak właśnie załatwiałam interesy: drobnym szantażem i kłamstwem.

Następnie weszliśmy do sklepu z butami, gdzie kupiłam sobie zgrabne, wysokie koturny.
- Na imprezie Willa będę wyglądać bosko.-  Szepnęłam.

Po powrocie umyłam głowę i spięłam włosy w luźny kok.
 Zużyłam prawie całą butelkę jedynych perfum, których tu znalazłam. Starałam się nie zwracać uwagi, że to tanie podróbki. Wystrojona poszłam w miejsce spotkania. Drzwi otworzył Will.
- Witaj Mel!- Zaprosił mnie do środka gestem dłoni.
Pokój pierwotnie ponury, szary teraz mienił się kolorami. Kula dyskotekowa wielkości kilku głów wisiała na suficie, oświetlając dokładnie każdy kąt. Na ścianach porozwieszane były najróżniejsze plakaty, serpentyny czy łańcuchy. Wszystkie meble podsunięto pod ściany. Na środku co najmniej kilkanaście osób tańczyło, piło alkohol i ku memu zaskoczeniu ćpało. Sama na szczęście nigdy nie próbowałam i nie zamierzałam.
Gospodarz zaprowadził mnie na balkon i nalał drinka.
- Dzięki.- Wzięłam kieliszek.
Pamiętałam o konsekwencjach mojego ostatniego nadużycia alkoholu, ale nie bardzo się tym teraz przejmowałam. Chciałam się zabawić.
Will wyciągnął i zapalił skręta.
- Chcesz?- Podał mi prawie pełną paczkę narkotyków.
Pokręciłam głową.
- Racja, zgubny nałóg- Zaciągnął się mocno.- Pięknie wyglądasz.
- Wiem.
To samo mogłam powiedzieć o nim. W czarnych jeansach i białej koszulce podkreślającej jego opaleniznę i duże bicepsy wyglądał bosko. Jasne włosy niesfornie opadające na czoło dopełniały cały styl przystojniaka.
- Kiedy wraca twoja niańka?- Spojrzał na mnie.
Chodziło mu o Pedro. Wcale się mną nie zajmował! Sama świetnie sobie radziłam.
Przypomniawszy sobie o przykrych wydarzeniach jednym łykiem opróżniłam kieliszek. Will wziął butelkę whisky i dolał mi.
- Nie wiem czy powinnam…
- Wyluzuj. Mamy się zabawić.
Przekonał mnie. Ani się obejrzałam, a już byłam pijana. Ledwo trzymałam się na nogach.
- Trzymasz się?- Złapał mnie za ramię.
- Jasne!- Uśmiechnęłam się.
Nie miałam jeszcze ochoty opuszczać tego miejsca.
- To może zatańczymy?- Wyciągnął do mnie rękę.
Po chwili namysłu odpowiedziałam:
- Zgoda.
To usłyszawszy wyrzucił skręta przez barierkę i pociągnął mnie na parkiet.
Zaczęła grać wolna muzyka. Zbliżyliśmy się do siebie kołysząc lekko. Robiliśmy to najlepiej z całego towarzystwa. Byłam doskonałą tancerką, ale nie sądziłam, że on też. Poruszaliśmy się jak jedna całość.

Will sięgnął ręką po butelkę wina. Podał mi. Bez zastanowienia wzięłam dużego łyka. Mój partner zrobił to samo. Następne minuty spędziliśmy kołysząc się na parkiecie i popijając raz whisky, raz piwa, a raz wina.
- Może wymkniemy się do ciebie?- Szepnął mi do ucha.
Otumaniona kiwnęłam głową. Nie rozumiałam co właściwie się działo. Zapewne dałabym się teraz namówić do wszystkiego.

Kiedy znaleźliśmy się w moim pokoju wyciągnął zza pleców szampana. Uśmiechnęłam się szeroko. Mimo iż było mi słabo nadal chciałam pić. Zaczynałam mieć podejrzenie, że mogę być uzależniona. Odrzuciłam tę myśl. Wszyscy pozostali goście wypili dokładnie tyle co ja i nic im nie było. W wieku osiemnastu lat (po roku przemiany) każdy musiał się wyszaleć.
Will przycisnął mnie do ściany i pocałował. Nie stawiałam oporu. Było mi to obojętne. Odwzajemniłam pocałunek. Rzucił mnie na łóżko i… koniec. Więcej nie pamiętam, byłam zbyt pijana.

Następnego ranka obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Kac. Leżałam w samej bieliźnie, a obok spał Will. Byłam przerażona, nic nie pamiętałam. Miałam ochotę z nim poflirtować, a nie pójść do łóżka. Zerwałam się na równe nogi i w pośpiechu zaczęłam zakładać szlafrok.
- Witaj skarbie.- Otworzył oczy.
- Co? Co się stało?
- Byłaś świetna.- Uśmiechnął się.- Mam ochotę to powtórzyć.
Podszedł do mnie.
- Nie, byłam pijana.
Złapał mnie za ręce i przycisnął do ściany.
- Ja też.
- Nic między nami nie będzie. Nie znam cię, nawet nie wiem jak masz na nazwisko.
- Parker, Will Parker.- Zaczął całować mnie w szyję.
- Przestań, zostaw mnie!
Próbowałam się wyszarpnąć, ale trzymał mocno. Ściągnął ze mnie szlafrok.
- A! Przestań!- Zaczęłam krzyczeć.
Nie posłuchał posuwał się coraz dalej. Usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi, on najwyraźniej nie, bo kontynuował swoje.  Do pokoju wszedł Pedro. Podbiegł do nas i wymierzył mojemu napastnikowi solidny cios w nos. Usłyszałam pęknięcie, dookoła polała się krew. Will zaczął krzyczeć, potem rzucił się na Pedro. Zaczęli się bić. Mój obrońca wyraźnie prowadził.
Był lepiej wytrenowany, a do tego w stu procentach trzeźwy. Kiedy wreszcie zmasakrował przeciwnika do takiego stopnia, że ten na chwilę stracił przytomność wyprowadził go. Po kilku minutach wrócił
- Nic ci nie jest?- Okrył mnie swoją skórzaną kurtką.
Oszołomiona usiadłam na łóżko.
- Nie, jest ok.
- Nie potrzebnie się z nim zadawałaś. Nie od dziś wiadomo, że ma złą reputację.
- Będziesz mi teraz prawił kazania?
-Nie, po prostu martwię…- Urwał
Spojrzałam prosto w jego wielkie, ciemne oczy. Pokazywały troskę, zaangażowanie.
- Czemu to robisz?
- Co dokładnie?- Podszedł do mnie.
- Nie jestem ci obojętna. Wytłumacz mi czemu.
Odwrócił wzrok, nie odpowiedział.
- Jestem rozpieszczoną małolatą. Czemu tak się mną przejmujesz? Sprawiam wyłącznie kłopoty.- Dokończyłam.
Pierwszy raz przyznałam się, że nie jestem idealna. Było to trudne, ale wykonalne. Głównym problemem było to, że wcześniej tego nie zauważałam. Oczywiście nadal wiedziałam, że jest lepsza od innych, ale wiedziałam też, że nikt nie jest idealny. Nawet ja.
- Nie prawda.- Zaprotestował.- Tak, wiele mieszasz, ale jeszcze więcej dajesz. Wprowadziłaś tutaj rozrywkę. Teraz przynajmniej rada ma o czym dyskutować. Jesteś jedyną tak energiczną, zdeterminowaną, ambitną dziewczyną.
Wstałam, stanęłam tak blisko niego jak tylko było to możliwe. Przyglądałam mu się uważnie, czekałam co zrobi.
- Dzięki tobie zależy mi na kimś.- Szepnął i pocałował mnie.
Odwzajemniłam to z ogromnym zaangażowaniem. Było cudownie. Nie czułam się tak jeszcze z żadnym chłopakiem. Marzyłam, żebyśmy zostali już tak na zawsze. Niestety chwila szybko przeminęła. Odsunął się i powiedział:
- Rano wyjeżdżamy. Dwunastka jest już bezpieczna. Nie pozwolę, żebyś tutaj została.
Uśmiechnęłam się.
- Wiem.

Kiedy wyszedł pogrążyłam się w zamyśleniu. Nie obchodził mnie już Will i to jak się na nim zawiodłam. Liczył się tylko Pedro. Paryż to naprawdę miasto miłości. Chętnie przyjadę tu znowu, ale nie sama…

Rozdział 8

Prawda bywa bolesna
Obudziłam się ponownie na samolotowym siedzeniu. Byłam  przykryta czarnym płaszczem. Ręce miałam dokładnie zabandażowane. Na stoliku przede mną stała butelka wody i czekoladowe ciastka. Miałam zamiar zaczęć jeść, ale zauważyłam, że Pedro gdzieś zniknął. Czekałam pięć, dziesięć minut, nie przychodził. Zaniepokoiłam się. Obeszłam dokładnie cały samolot, nigdzie go nie było.
 Usłyszałam podniesione głosy w kabinie pilotów i szybko tam pobiegłam. Miałam przeczucie, że usłyszałam moją zgubę. Nie myliłam się. Towarzysz stał  przy ścianie i toczył ostrą wymianę zdań z pilotami. Stewardesy próbowały go wyprowadzić, ale nie dawał za wygraną.
- O co chodzi?- Zapytałam.
Na mój głos wszyscy zamilkli i obrzucili mnie dwuznacznymi spojrzeniami.
- Nic, wracaj na miejsce.- Powiedział w końcu Pedro.
- Chcę wiedzieć co się dzieje.- Tupnęłam nogą i twardo stanęłam w miejscu. Nie zamierzałam się ruszać.
Jęknął.
- W Paryżu na lotnisku sama wiesz kto zaatakowali.
- I co?
- Próbuję im wytłumaczyć, że nie mogą awaryjnie lądować w Polsce. Za godzinę musimy być na spotkaniu.
- Nie mogę narażać pasażerów na niebezpieczeństwo. Lądujemy.- Odezwał się jeden z pilotów.
- To zrozumiałe.- Kiwnęłam głową. Uważałam, że mówił sensownie. Ja też nie byłam za narażaniem się na śmierć tylko po to, żeby być punktualnie.
- Melisa…- Jęknął Pedro.
- Chodź, nic nie poradzisz.
Wzięłam go za rękę  i zaprowadziłam do naszego przedziału. Po tym jak odzyskałam nad sobą panowanie poczułam się pewniej. Chciałam przejąć pałeczkę. Nie mogłam mu pokazać, że może mną sterować jak marionetką. Byłam silna i niezależna. Musiał w końcu to zrozumieć, a ostatnie wydarzenia pokazywały zupełnie co innego. Samookaleczenie to był mój sposób na powrót do równowagi. On na pewno pomyślał, że jestem niedorozwinięta emocjonalnie i nie radzę sobie z uczuciami. To nie prawda, sama dobrze sobie radziłam, a dzięki temu racjonalnie myślałam i wychodziłam z każdej opresji.
- W jedenastce wszyscy na nas czekają.- Odezwał się, kiedy usiedliśmy.
- Trudno. Poczekają kilka godzin dłużej.
- To nie jest tak. Żaden samolot nie będzie kursował do Francji. Czeka nas dwunastogodzinna jazda busem.
Dwanaście godzin sam na sam z chłopakiem, w którym byłam zakochana. Nie przeszkadzałoby mi to. Jedyny problem stanowili pozostali podróżnicy. Wolałabym, żebyśmy pojechali całkowicie sam na sam. Wtedy kto wie co by się stało.
Reszta lotu przeminęła bez słowa. Na lotnisku nawet przez chwilę nie mogłam usiąść. Śpieszyliśmy się na nasz jedyny transport.
W środku zajęliśmy tylne miejsca obok siebie. Przed nami było tylko kilka osób, więc nie widziałem przeszkody, żebyśmy zaczęli się całować. Mój romantyzm przyćmiło obskurne wnętrze pojazdu. Wytarta, brązowa skóra i mnóstwo głupawych zawieszek podoczepianych na okna. Na dodatek w środku roznosił się zapach smażonego mięsa. Myślałam, że zwymiotuje, nie mogłam jednak pozwolić sobie na to w towarzystwie Pedro. Starałam się nie okazywać obrzydzenia. Pierwszy raz w życiu jechałam czymś takim.
Po godzinie, kiedy między nami nic się nie wydarzyło, a jakiś grubas zaczął jeść obiad, którego ohydny zapach roznosił się wszędzie nie wytrzymałam. Wstałam i krzyknęłam:
- Naprawdę?! Nie dość, że wygląda tu jak w chlewie, to jeszcze musi się pan obżerać przy wszystkich? Teraz śmierdzi tu jeszcze bardziej!
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Siadaj.- Syknął mój towarzysz i złapał mnie za rękę.
- Zostaw mnie!- Wyrwałam się.- Chcę wrócić do siebie! Chce wszędzie jeździć z moim kamerdynerem samochodami za kilka milionów! Ludzie ratujcie, oni mnie porwali. Nie pozwalają zobaczyć się z rodziną i wstrzykują jakąś dziwną substancję.
Odsłoniłam ślady po ukłuciach. Tłum się żachnął.
- Melisa!- Pedro szarpnął mnie tak, że poleciałam na siedzenie.
Zauważyłam, że kilku pasażerów wykonało szybki telefon. Mój teraz naburmuszony towarzysz również. Niestety nie mogłam podsłuchać o czym rozmawiał. Mówił po hiszpańsku.

Kilka skrzyżowań dalej pojazd został zatrzymany. Trzech uzbrojonych policjantów wbiegło do środka i próbowało obezwładnić Pedro. Na próżno. Jednym ciosem powalił ich wszystkich. Chwycił mnie w pasie i przerzucił przez ramie. Nie protestowałam. Wiedziałam, że trochę przesadziłam. Gdyby mnie tutaj zostawił już następnego ranka Hiniscytoza przestałaby działać i wszystkich bym zabiła. Później specjaliści pewnie zabiliby mnie. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że zrobiłam coś nie tak, że będę musiała przeprosić. To niemożliwe, byłam idealna. Nie mogłam się mylić. Wyparłam te myśli z głowy i skupiłam na teraźniejszości.
Biegliśmy kilka ulic, po czym wsiedliśmy na tylne siedzenia czarnego jeepa bez rejestracji.
- Jedź!- Pedro krzyknął do rudej dziewczyny mniej więcej w jego wieku, która siedziała za kierownicą. Wjechaliśmy w najbliższą ciemną uliczkę, gdzie towarzysze szybko założyli rejestracje. Mogliśmy jechać spokojnie.

Przez resztę drogi nikt się nie odezwał. Dopiero, kiedy zatrzymaliśmy się przy małej drewnianej chatce w środku lasu dziewczyna powiedziała:
- Chodźcie, przenocuje was kilka dni.
- Rano już nas nie będzie.- Oznajmił Pedro.
- Jak wolisz.
Spojrzał na mnie.
- Sam wejdź do środka, my musimy porozmawiać.
Kiwnęła głową.
Sam, więc tak miała na imię.
Kiedy weszła do środka oparłam się o drzewo i spuściłam wzrok. Wiedziałam, że będzie afera.
- Co ci strzeliło do głowy?- Zapytał, nie krzyczał.
Nie odpowiadałam.
- Dobrze wiesz co by się stało, gdybyś z nimi pojechała.
- Wiem…
- Zawiodłem się na tobie. Wiedziałem, że jesteś rozpieszczona, ale łudziłem się, że cię zmienię. Myślałem, że coś nas łączy. Myliłem się. Jesteś skrajnie nieodpowiedzialna. Przyzwyczajona, że każdy wyciąga cię z opresji. Nie potrafisz wziąć odpowiedzialności za swoje czyny.
- Mogłeś mnie tam zostawić. Dałabym sobie radę.
Odwrócił się. Stał zupełnie nieruchomo, jakby szukał jakiejś sensownej przyczyny dla, której mnie uratował.
- Wejdź do środka. Sam da ci ubrania.
Tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Czułam, że nadal mu na mnie zależy.
Wykonałam polecenie. W środku wstrzyknęłam sobie Heniscytozę (coraz bardziej się do tego przyzwyczajałam), zjadłam kolację i położyłam się spać.

Rano obudził mnie Pedro.
- Musimy jechać.
W jego głosie nie było nawet cienia troski. Był oziębły i nieprzystępny. Zrobiłam się smutna. Już tak niewiele brakowało, żebyśmy byli razem, a teraz przez mój mały błąd wszystko się popsuło.
Umyłam się i ubrałam, a potem ruszyliśmy do samochodu. Mój towarzysz był tak naburmuszony, że nie pożegnał się nawet z Sam, która tak gościnnie nas przyjęła.
Trzy godziny drogi przeminęły bez słowa. Siedziałam i obserwowałam widok za oknem. Następne pięć godzin spałam, później zrobiliśmy sobie postój, żeby coś zjeść i w moim przypadku skorzystać z łazienki.
W końcu nasza podróż dobiegła końca.
 Zaparkowaliśmy w jakimś podziemnym parkingu i weszliśmy do dużej, murowanej kopuły.
- Witamy w jedenastce!- Niewysoki mężczyzna o blond włosach, mniej więcej w moim wieku rozłożył ręce.- Słyszałem, że mieliście pewne komplikacje, ale dobrze, że już jesteście.
Pedro minął go bez słowa. Widząc, że ja przystanęłam krzyknął:
- Chodź! Nie zwracaj uwagi na tego pajaca.
- No co ty, stary?- Chłopak złapał go za ramię i szarpnął w swoją stronę. Rozzłoszczony przeze mnie Pedro przerzucił go przez ramię. Mężczyzna uderzył głową o murowaną podłogę. Zaczął lekko krwawić. Zatrzymałam się. Chciałam spytać czy nic mu nie jest, ale towarzysz chwycił mnie za rękę i zaprowadził do małego pokoju.
 Ściany pokryte były białą farbą, a podłoga brązowymi panelami. Na środku stało jednoosobowe łóżko, obok niego mała szafka. Były jeszcze drzwi prowadzące do łazienki, którą okalały niebieskie płytki. Przyzwyczaiłam się, że nie będą mnie już czekały luksusy, ale wielkość tego prysznica mnie przeraziła. Ledwo bym się w nim zmieściła, a co dopiero dobrze zbudowani mężczyźni, z którymi miałam tutaj kontakt.
Kiedy zostałam sama rozpakowałam ubrania: trzy pary bluzek z krótkim rękawem, dwie długie bluzy, jedną parę spodni, buty (oczywiście wszystko czarne) i poszłam spać. Byłam zmęczona trasą. Marzyłam tylko o tym, żeby się rozluźnić.

Obudziło mnie rażące miganie czerwonej lampki nad łóżkiem. (Jakim cudem wcześniej jej nie zauważyłam?) Zwlokłam się na ziemię i zaczęłam szukać wyłącznika. Niestety nie było go tutaj. Zrezygnowana wyszłam na korytarz i krzyknęłam:
- Hej! Czy ktoś może wyłączyć to światło?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Wszyscy byli zajęci pośpiesznym zbieganiem na parter. Może powinnam się zapytać o co chodzi, ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze, że alarm został wyłączony. Powróciłam do snu.

Stałam nad przepaścią. Moje ręce całe były w krwi. Na dole leżało ciało Oli. Zaczęłam schodzić ze skarpy. Już miałam do niej podbiec, kiedy zobaczyłam Pedro. Nachylił się nad nią i wbił jej nóż prosto w serce. Upadłam na kolana i zaczęłam krzyczeć. Ktoś złapał mnie za ramię; morderca.
- Tak musiało się stać.- Powiedział.
Wyszarpnęłam się. Podeszła do mnie Ola, nadal z wbitym ostrzem.
- Tak musiało być.
Zakręciło mi się w głowie, ciągle słyszałam:
- Tak musiało być, tak musiało być, tak musiało być.

- A!- Krzyknęłam.
Rozejrzałam się dookoła. Znowu byłam w wyznaczonym mi pokoju. Bezpieczna, jednak to zdanie nie dawało mi spokoju.
- Tak musiało być- Szepnęłam.
Dziwne. Co miał z tym wspólnego Pedro? Koszmar był bardzo realistyczny. Powiedziałabym, że to raczej wizja.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos otwierających się drzwi.
Do pomieszczenia weszła wysoka, szczupła kobieta, raczej w starszym wieku w otoczeniu oczywiście Pedro. On był wszędzie. Zaczynałam się czuć prześladowana. Zwłaszcza, ze mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią mojej siostry.
- Mówiłem, że ją to nie ruszy.- Zwrócił się do towarzyszki, która kiwnęła głową.
- Witamy u nas panno Rashwall.
- Yyy… Cześć?- Okryłam się kołdrą.
- Słyszałam, że narobiła pani sporo kłopotów. Będę musiała wyciągnąć z tego konsekwencje.
Parsknęłam śmiechem.
- Jasne, a co ty mi możesz zrobić.
Spojrzałam na jedyną znaną mi twarz. Pedro pozostał niewzruszony.
-Dużo, wiem z doświadczenia.- Wtrącił.
Nasze oczy się spotkały. Zobaczyłam scenę ze snu. Znowu byłam przerażona.
- Tak musiało być.- Powtarzała Ola. Mężczyzna, któremu niegdyś ufałam stanął za nią i powiedział to samo.
Nagle poczułam coś w rodzaju porządnego uderzenia w twarz. Nie czułam bólu, ale wróciłam do teraźniejszości. Udało mi się z tego wyrwać.
Pedro też musiał to poczuć. Spojrzał na mnie i wyszedł.
Nie wiedziałam o co chodzi, on naprawdę musiał jej coś zrobić. Dlaczego właśnie on? Dlaczego mężczyzna, którego kochałam?
Roztrzęsiona usiadłam na łóżku.
- Ale co się stało?- Zapytała kobieta.
Widząc mój wyraz twarzy otworzyła drzwi i wyszła.
Znowu zaczęłam się część. Miałam rozmazany obraz. Kręciło mi się w głowie. Odwinęłam bandaże z rąk i rozdrapałam stare rany. Niedostatecznie mocno czułam ból.
Pobiegłam do łazienki. Pod prysznicem byłam maszynka do golenia. Wzięłam ją i zaczęłam się ciąć.
- Co ja robię?- Pomyślałam.
Odbija mi. Jeszcze trochę i skończę w szpitalu psychiatrycznym.
- Nigdy więcej!- Powiedziałam.
 Rzuciłam maszynkę, obmyłam ręce i ponownie założyłam opatrunki. Trochę przemakały, ale teraz chciałam tylko jednego: znaleźć Pedro.
Wyszłam na korytarz. Tam zaczepił mnie ten sam chłopak, który powitał tutaj po przyjeździe.
- Hej! Czemu nie przyszłaś na zebranie? W twoim pokoju nie pokazał się alarm.
Wyminęłam go i kontynuowałam poszukiwania.
Więc to o to chodziło z tym światłem.

Po pół godzinnych poszukiwaniach zrezygnowana wyszłam na duży taras. Oparłam się o barierkę i zakryłam twarz dłońmi.
- Melisa…
Usłyszałam głos, nade mną stał Pedro.
Niesamowite, jak łatwo mnie znalazł. Ja szukałam go ponad pół godziny i nic. Z nim naprawdę było coś nie tak.
Usiadł obok mnie.
- Musimy porozmawiać.- Powiedziałam.
- Wiem.
Spuścił głowę.
- Znałaś ją…
- Tak, to moja siostra- Spojrzałam na niego- O co chodzi?
 Widziałam go już zdenerwowanego, ale nigdy smutnego. Jego twarz wyrażała potężne cierpienie.
Westchnął..

- Zabiłem ją…